AMORIS PIERDOLIS [1/4]. Miniserial w 4 aktach.

Czuję się w obowiązku wypowiedzieć na temat, który w ostatnim czasie tak wezbrał na częstotliwości w moim otoczeniu. Nie mogę już patrzeć na tych wszystkich ludzi, którzy zamiast żyć ze sobą, żyją przeciw sobie. Zamiast patrzeć się sobie w oczy, gryzą się po rękach. Którzy tak rozpaczliwie potrzebują miłości, są jej tak głodni, że gdy wreszcie ją dostają, nie wiedzą co z nią zrobić. Jak głodny pies, który łapczywie próbuje się nasycić. Oto mini-cykl 4 tekstów dotyczących jednego problemu. I nie, nie wymądrzam się. Może trochę. Ale nie oceniam. Bo wiem. Ślepy o kolorach nie napisze.

Być może nie widziałam tego wcześniej, bo byłam za młoda, żeby to dostrzec. Albo zaślepiona. Ale teraz widzę i nawet ciężko mi określić co czuję. Strach? Zdegustowanie? Nie. Ale chyba zażenowanie i współczucie najlepiej określa tę nieznośną mieszankę, która powoduje mdłości, gdy widzę to po raz kolejny. I kolejny. I kolejny. Mądry Polak po szkodzie – chciałoby się rzec. Ale chyba lepiej późno niż wcale.

Telefon. Płacz. Chciałabym choć raz usłyszeć, że złamane serce, że drań, że to zła kobieta była. Ale nie. Znowu podnoszę słuchawkę i słyszę to samo. Bo ja nie wiem co mam zrobić. Bo ja kocham, ale nienawidzę. Bo źle mi, ale nie odejdę. I po raz setny słucham, że ktoś się szarpie, opluwa, wyje i wyklina. Nie mam tego za złe, bo nie mam takiego prawa. Od tego jestem. Ale zastanawia mnie jak to możliwe, że ten sam problem dotyczy różnych ludzi, z różnych środowisk. Obcych sobie ludzi. Przecież to jakaś cholerna schizofrenia.

Jesteśmy pokoleniem, które jest sobą tak zajęte, że ludziom brakuje czasu i uwagi na to, by obdarzyć nimi drugą osobę. Wszyscy chcą mieć szczęśliwy związek, marzą o wielkiej miłości, a z drugiej strony nie robią nic, by to zdobyć. A nawet jak to zdobędą, to po kilku miesiącach się wycofują, bo okazuje się, że miłość jest okupiona poświęceniem i wysiłkiem. To pokolenie ludzi tak zamkniętych i zakompleksionych, a przy tym tak wymagających i wybrednych, że zastanawiam się, kiedy ten świat zacznie chylić się ku upadkowi.

Schemat jest zawsze ten sam. Jest ona. Jest on. Wielka miłość. Skowronki na drzewach, motyle w brzuchu, spojrzenie zakochanego kundla. Czerwone policzki, łapanie się za ręce. Pocałunki. Fajno. A potem poznają się coraz bliżej. Spędzają noce na rozmowach o wszystkim i niczym. O tym co jutro na obiad i swoich największych sekretach. I wychodzi na jaw, że ona jest nieźle porąbana, a on pochodzi z dysfunkcyjnej rodziny. Albo na odwrót. Albo co gorsza, to i to. I nagle wizja związku zaczyna się sypać. Odpada kawałek po kawałku z wielkiej, murowanej wizji wspólnego życia. Z każdą jej łzą odpada kolejna cegła. On ma dość, bo nie może znieść tego, że ona ciągle płacze. Ona też ma dość, bo ileż można tłumaczyć w kółko to samo. Niby przed nim stoi nadal ta sama osoba, a jednak coś się zmienia. Kochasz ją? Tak. Dlaczego? Jest wyjątkowa. Ale mam już dosyć. Jestem zmęczony jej płaczem i kłótniami. Zamierzasz jej jakoś pomóc? No… może. Ale nie wiem jak. I w sumie nie chcę wiedzieć. Mam to w dupie. Wypisuję się. Koniec anegdoty. Choć z uwagi na fakt, że anegdota ma mieć wydźwięk zgoła humorystyczny, to powyższe historyjki przypominają raczej kiepski pamflet.

Jak się nażresz starego pasztetu to cię boli brzuch. Dostajesz biegunki. Nic to przyjemnego, ale przechodzi. I wiesz skąd się wzięło. I wiesz, że w przyszłości nie nawtykasz się znowu śmierdzącej pulpy. Bo skończy to się tragedią. Choć to mało wyszukane, przyrównywać miłość do ekskrementów. Tylko że w tym przypadku, nie mówimy o miłości, a o jakiejś egzotycznej chorobie. O upośledzeniu, z którym mamy do czynienia zaraz po zmianie statusu „wolny” na „w związku”. Z łaciny Amoris pierdolis. Objawia się ona klapkami na oczach, utratą słuchu, zdrowego rozsądku i instynktu samozachowawczego. Leczenie jest długie i żmudne, bo pomagają tylko napary z rumianku i solidne kopy w dupę. Które dajecie sobie nawzajem. Do momentu aż oboje jesteście tak wyprani, że samo się rozpada.

Oczywiście u podstaw całej tej tragedii leżą kompleksy. Często się zastanawiam skąd się ich tyle wzięło? Czy nasi rodzice byli jakimiś sadystycznymi psychopatami, którzy okładali nas łopatą po głowach i mówili „jesteś głupi, jesteś brzydki, jesteś nic niewart”? Ja sobie takiej sytuacji nie przypominam. Chyba że faktycznie tak mocno uderzali tą łopatą. Ale chyba nie, bo pamiętam też że słyszałam o sobie dobre rzeczy. Jesteś ładna, mądra, zaradna. Raczej żaden rodzic nie mówi swoim dzieciom, że są słabe i złe. Raczej wspierają.

Skoro całe życie słyszymy dobre słowa to skąd w nas tyle nienawiści do nas samych? I tak tego nie rozstrzygnę, bo nie wiem czy to wina tych chudych modelek, które nigdy nie pozwalały mi się cieszyć ze swojego ciała, tego imbecyla, który krzyczał na wuefie w czwartej klasie podstawówki, że mam cellulit, którego nie miałam, a może chińskich rozmiarówek w europejskich sklepach. Wymieniam wszystkie źródła swoich problemów i widzę tylko, że cały czas ktoś oddziaływał na sferę mojej cielesności. Ale nie słyszałam znikąd przekazu że jestem głupia. Nie było w mieście billboardów z napisem „jesteś gównem”. Nie porównywałam z nikim rozmiarów mojej wartości i społecznej przydatności. Więc do cholery skąd w nas wszystkich takie przekonanie, że jesteśmy warci tak mało, że nie zasługujemy na nic lepszego.

Mam taką teorię, że problem o którym piszę pojawia się w dwóch sytuacjach. Pierwsza to taka, gdy ludzie w młodym wieku w jakiś związek wchodzą i tkwią w nim długie lata. Z miesiąca na miesiąc jest coraz gorzej, ale są przekonani, że tak musi być, że lepiej nie będzie i kto by ich zechciał poza tym jedynym. Trzymają się kurczowo, boją się stracić partnera i zaczynają odwalać. Kłócą się, godzą, dostają spazmów od płaczu, leżą bez ruchu i patrzą w ścianę, rzucają w siebie talerzami i owocami, żeby za kilka dni znowu do siebie wrócić. Wskaźnik nienawiści trzykrotnie przekracza dozwoloną wartość i w końcu ten cyrk się kończy. I spokój. Albo tak się przynajmniej wydaje, że spokój. Bo potem nie umie się już kochać. A przynajmniej nie tak naiwnie i bezgranicznie.

Drugą grupą są ludzie, którzy albo nigdy w związku nie byli, albo byli dawno temu. I tęsknią za byciem z kimś, tak rozpaczliwie potrzebują miłości, są jej tak głodni, że gdy wreszcie ją dostają, nie wiedzą co z nią zrobić. Jak głodny pies, który łapczywie próbuje się nasycić. I za wszelką cenę nie chcą dopuścić, aby stało się cokolwiek, co może ten upragniony związek zniszczyć. I zaczynają odwalać. I od nowa Polska Ludowa.

Powiem ci jedno: jak ludziom jest ze sobą dobrze, to dobrze. Będzie dobrze. Ale jak ludziom jest źle, coś przeszkadza, zawadza i powoduje dyskomfort, to dobrze nie będzie. Powiem ci jeszcze jedno. Jak ludziom jest dobrze, to nie odwalają. Nie kładą się na ziemi, nie tupią nóżkami, nie okładają piąstkami. Kiedy kobieta jest szczęśliwa i czuje się bezpiecznie, to nie robi awantur i nie płacze dzień w dzień. Myślę, że to działa w dwie strony. Warto sprawdzić czy się nie mylę.


KOLEJNE CZĘŚCI Z SERII:

amoris pierdolis

Podziel się:


2 thoughts on “AMORIS PIERDOLIS [1/4]. Miniserial w 4 aktach.”

  • Nigdy nie jest tak, że jak ludziom jest dobrze, to zawsze będzie dobrze. Życie (nie tylko małżeństwo) to ZAWSZE sinusoida. Wzloty i upadki. Euforia i dół. Cudowne, romantyczne chwile i kryzysy. Nie ma co oczekiwać, że jak dzisiaj jest dobrze, to zawsze będzie dobrze. A jeśli jest źle, to znaczy, że już koniec, wypaliło się. Nad tym trzeba CAŁY CZAS pracować. W dobrym okresie rozkoszować się, jeść romantyczne kolacje, kochać się na łące. W złych chwilach trzeba mocno spiąć poślady, żeby znowu wrócić „na górę”. Trzeba wtedy dużo ze sobą rozmawiać. A gdy będzie lepiej, rozwiązać problemy.
    Niestety w wielu związkach jest tak, że złe chwile się przeczekuje, nie rozwiązuje problemów, a te się nawarstwiają i nawarstwiają. Aż robi się coraz gorzej i gorzej aż w końcu wszystko totalnie się pierdoli.

Dodaj komentarz