# 3: ANGLIA – LUKSUS PRZESZKADZA W PODRÓŻY

Każdy człowiek ma swój sposób na podróż, każdy podróżuje z innego powodu i chce wynieść z wyjazdu coś innego. Niektórzy nie wyobrażają sobie spać w namiocie, otwierać puszki z gulaszem angielskim na śniadanie i myć zębów w publicznej toalecie. Ludzie lubią wyjechać na zorganizowane wakacje „all inclusive”, chcą pobyczyć się nad basenem i spać w miękkim hotelowym łóżku. To absolutnie ich sprawa, po to pracują, by wydawać na co chcą. Jednak kiedy widzę jak zarabiający w Polsce trochę powyżej średniej krajowej Polak „wyciera podłogę” młodym Egipcjaninem, mdli mnie. Ludzie kupując takie wycieczki kupują tak naprawdę tydzień życia, o którym marzą: luksus, wygoda, pan i władca. To chyba właśnie te zachowania tak bardzo zraziły mnie do tego typu wyjazdów. Jednak oprócz cukrowych buraków, którym się wydaje „że mogą, bo zapłacili”, martwi mnie, że wyjazdy stricte hotelowe nie dają nic, oprócz biernego, pasywnego wypoczynku.

Meldując się w wielkim molochu, hotelu dla 700 gości, odgrodzonym grubym murem od świata, serwującym dania kuchni „europejskiej”, z takiej podróży, oprócz kilku kilogramów więcej i paru promili we krwi, nie wynosimy niczego. Podróże to przede wszystkim szansa na poznanie ludzi. Ludzi są wspaniali, barwni i zupełnie różni w różnych stronach świata. Jedni bardzo religijni, inni bardziej imprezowi, pomocni, otwarci, albo chłodni i zdystansowani – koloryt obywateli świata jest niemierzalny! Zamykając się w np.: hotelu w Egipcie, tak naprawdę pokazujemy, że mamy głęboko w poważaniu te ich piramidy, faraonów i shoarmę. Przyjechaliśmy pasywnie spędzić tydzień nad basenem, wlewając w siebie drinki. Skoro już jedziemy, to wyjdźmy zza grubych murów hotelu i poświęćmy choć chwilę na zobaczenie, jak się ludziom żyje w tym zakątku świata.

Dlaczego piszę o Egipcie, skoro w tytule jest Anglia? Z bardzo prostej przyczyny: to przesłanie jest zupełnie uniwersalne. Ale to właśnie w Anglii, podczas tygodniowego campingu, dojrzałam do tego, żeby porzucić marzenia o przepysznych hotelach i zacząć planować podróże, które dadzą mi o wiele więcej, niż najwygodniejszy leżak przy największym basenie.

Anglia zawsze była ulubioną destynacją mojego taty, który mając z nią wiele wspomnień, zawsze chętnie do niej powraca i z sentymentem opowiada o latach młodości tam spędzonych. Wyjechawszy z całą rodziną z Polski, zmierzaliśmy autem w stronę hrabstwa Kent. Zahaczywszy o samochodowy zlot, ruszyliśmy wgłąb Anglii, żeby zobaczyć jak się tam żyje. Rozbiliśmy namiot na pięknym kempingu w środku lasu i ruszyliśmy na zwiedzanie bliższej i dalszej okolicy. Szczęśliwie w najbliższym sąsiedztwie campingu stał mały, ceglany, typowy pub, w którego wnętrzu tętniło życie, zlewały się głośne, wesołe rozmowy tubylców i lał się szlachetny, chłodny, ciemny Guinness. Tak skończył się pierwszy dzień poznawania kultury tubylców. Dość szybko 🙂

Anglia to oczywiście Big Ben, Fish and Chips, Mini Morrisy i Jaś Fasola. To London Eye, Pałac Buckingham i Królowa Elżbieta. Cóż Wam będę pisać takie oczywistości. Veni, Vidi, Vici – żebyście nie myśleli, że nie widziałam. Widziałam. Fotkę cyknęłam. Ale to takie oklepane, że lepiej opowiem Wam o angielskiej wsi i przedmieściach.

Angielska wieś jest jak z obrazka. Sielska, cicha, malownicza. Wsi spokojna, wsi wesoła. Domki mają swój niepowtarzalny charakter i styl. Lasy i parki są niezwykle piękne i zachęcają człowieka do kontemplacji piękna natury. W letni, ciepły wieczór człowiek może się zachłysnąć urodą łąk, na których pasą się konie i iście królewskich ogrodów. Na śniadanie na kempingu kupujemy chrupiący, duży bochen pszennego chleba „z formy”, słone masło i konfiturę. I angielską, mocną herbatę. Masło słone, bo w uroczym wiejskim sklepiku nie ma zbyt dużego wyboru. Ale jest przeuroczo. Przeuroczo. Chłodne poranne powietrze, kempingowe, niewygodne krzesełko, woda gotowana w harcerskiej menażce brata idealnie komponują się z kromą chleba z masłem i malinową konfiturą. Dookoła kempingu jest las i długo, długo nic. A w lesie bogactwo grzybów, których nikt nie zbiera, co u nas byłoby nie do pomyślenia.


Z owej wsi do miasteczka było kilka kilometrów. Jazda z kierownicą po „złej” stronie to nie lada wyczyn, zwłaszcza na tych krętych, wąskich, otulonym gąszczem winobluszczu drogach. Przytłoczeni sielskością angielskiej wsi, zapragnąwszy odrobiny miejskich szaleństw i oczywiście zakupów w Primarku, udaliśmy się do Londynu szybką koleją miejską. Londyn i okolice są nieprzyzwoicie wręcz dobrze skomunikowane. Travel card pozwala jeździć każdym pojazdem komunikacji przez cały dzień. Cena takiej karty po przeliczeniu na złotówki jest dość duża, jednak jeśli ktoś zarabia w funtach to nie jest to kosmicznie wysoka cena. Anglia jest droga – to trzeba sobie uczciwie powiedzieć. Z jednej strony trochę to kosztuje, ale naprawdę nie opłaca się kupować osobnych biletów na każdy przejazd. A jeździ się dużo, bo Londyn jest naprawdę ogromny.  Cena takiego biletu to, dla dorosłego około 10-12 funtów.

Pierwszym przystankiem jest oczywiście Parlament z Big Benem. Jest piękny, zachwycający, ale równie mocno oblężony przez turystów – na tyle intensywnie, by nie móc sobie spokojnie zrobić zdjęcia na jego tle. Przejażdżka London Eye umożliwia zobaczenie całego miasta „z góry”. Też piękne doznanie. Pod Buckingham sytuacja ze zdjęciami się powtarza. Londyn tętni życiem. To jego tętnienie osiągnęło apogeum na Oxford Street i w Primarku. Istna szarża. Męczące. Odpoczynek w Hyde Park’u. Miło. Trochę spokojniej.

Potem sentymentalna podróż na Hammersmith. I na Portobello. Bardzo mi przypadła do gustu ta dzielnica. Bardzo kolorowa, różnorodna, trochę przypominała londyńską bohemę. Na Portobello znajduje się słynny targ z ręcznie robionymi, najbardziej odjechanymi ubraniami i „dziwnymi” rzeczami. Między straganami ulicznych artystów, przy dźwiękach indyjskiej muzyki, można skosztować potraw z wielu różnych krajów świata. Tam pierwszy raz spotkałam się z falafelami, które bardzo przypadły mi do gustu. Trochę obciach, że tak późno. Na swoją obronę mamy tylko to, że wyjazd miał miejsce trzy lata temu. Wtedy moja wiedza na temat świata była o wiele uboższa. Pyszne te falafele.

Gdy zaczynało się zmierzchać, smułaliśmy ulicami wycieńczeni tempem stolicy. W małej, dość obskurnej knajpce zjadłam zaserwowane na papierowym talerzyku, zdecydowanie najlepsze  w życiu fish&chips. Niepowtarzalny smak. Gdy wracaliśmy do Sevenoaks totalnie wypompowani, w drodze na pociąg kupiliśmy dwie plastikowe butelki gruszkowego cydru. Wtedy to totalnie oszalałam na punkcie tegoż napoju, który u nas w kraju w ogóle nie był popularny. Wyjeżdżając z tego wielkiego miasta przy zachodzie słońca, popijaliśmy lodowaty, mocno gazowany cydr. Ekscytacja, emocje, zmęczenie i wrażenia z całego dnia spowodowały, że żaden cydr, już nigdy w życiu nie smakował tak samo.

______________

Podróżowanie to nie jest tania sprawa – samoloty, busy, samochody, pociągi mają swoją cenę. Jednak myśląc zdroworozsądkowo, szacując koszty na długo przed wyjazdem można oszczędzić naprawdę sporo. Do tego dochodzą zniżki – dla dzieci, uczniów, studentów, które większość krajów respektuje. Spotkałam się ostatnio z trendem, że ludzie chwalą się tym, że objechali całą Azję za 4 zł. Czy to możliwe? Możliwe. Jeśli je się warzywa, których nie sprzedały sklepy, pozostałości z targowisk czy żebrząc od ludzi. Śpiąc na dworcu, ławce i pod gołym niebem. Czy to jest fajne? Dla mnie osobiście nie, niektórzy jednak są zwolennikami takiego sposobu przeżycia wakacji.

Zbytek, luksus, hotele powodują mocną izolację od kultury, ludzi, zapachów rodzimej kuchni i dźwięków zatłoczonych ulic. Pozbawiają możliwości rozmowy z tubylcami, poznania ich, imprezowania z nimi. Zamiast wydawać 100 zł dziennie na hotel, wydaję 30 na łóżko w hostelu, prywatną kwaterę u gospodarza lub pole namiotowe. Takie miejsca mają niepowtarzalny klimat. Jeśli już spędzam wakacje tak, jak w Grecji to nie kupuję All Inclusive, tylko szukam małych, klimatycznych knajpek ze świeżo złowionymi rybami, przed chwilą zerwanymi oliwkami czy domowym ouzo. Bo podróże to nie tylko leżenie brzuchem do góry i drinkowanie nad basenem. Poleniuchować na plaży czy nad basenem, owszem lubię, ale spędzenie w ten sposób całego tygodnia jest dla mnie potwornie nudne. Udana podróż to dla mnie suma wszystkich doświadczeń, smaków, znajomości, doznań, zachwytów i irytacji. Zabytki i oklepane miejsca to kwestia zupełnie drugorzędna. Nie mówię, że nie fajnie jest mieć zdjęcia z Big Benem, ale dla mnie nie stanowi ono kwintesencji Anglii. Co innego chrupiące frytki, zimny Guinness, widok z pociągowego okna na słońce zachodzące nad metropolią i choć krótka pogawędka z miejscowym.

Nudzą mnie historie ludzi, którzy opisują dany kraj z perspektywy hotelowego okna i chłodnych muzeów. Najcenniejszym co człowiek może wynieść z wyjazdu jest poznanie nowego człowieka, jego historii, kultury, zwyczajów, posmakowanie kuchni i przyglądanie się codziennemu życiu innych nacji. Więc zamaist jeść płowy ryż i pieczone kurczę w hotelowej knajpie, przejdź się po miejscach nieoczywistych, nieuczęszczanych przez turystów a przez tubylców – to w moim przekonaniu o wiele cenniejsze niż najdroższe wakacje na Karaibach.

Podziel się:


2 thoughts on “# 3: ANGLIA – LUKSUS PRZESZKADZA W PODRÓŻY”

  • Świetny wpis! Masz całkowitą rację. Ja jeszcze nie miałam nigdy okazji podróżować ale jeśli środki mi na to pozwolą to nigdy nie będą to wakacje w hotelu all inclusive tylko zaplanowana podróż ze zwiedzaniem. Jest tyle pięknych miejsc, tyle różnych opowieści ludzi, że umarłabym zamykając się w hotelu z tą myślą 🙂
    • To wszystko zależy od okoliczności i tego, czego człowiek chce od podróżowania. Ja chcę poznawać kulturę i ludzi – od razu jasno go określiłam i dlatego wybrałam taki sposób zwiedzania: camping, autostop, tubylcy. Nie twierdzę, że w hotelu wakacje będą nieudane – sama na takich byłam, co możesz zobaczyć we wpisie o Grecji. Będąc w hotelu nie tracimy jeszcze tak wiele – dla mnie najgorszą zbrodnią jest all inclusive. Każdy kraj ma swoje zabytki, kulturę, ale zaczynasz go rozumieć dopiero przez kuchnię. Pozbawianie się największej przyjemności wyjazdowej na rzecz europejskiego żarcia to moim zdaniem duży błąd. Ale jak mówię: wszystko zależy od indywidualnych preferencji 🙂 pozdrawiam 😉

Dodaj komentarz