Co mi przyniósł 2017 rok?

2017

Rok 2017 był dla mnie czasem bardzo mało łaskawym. Przeleciałam przez niego z prędkością światła obijając się boleśnie o szorstkie ściany. Okazało się, że to co znajduje się poza moją świadomością i zasięgiem wzroku, nadal istnieje. To, że ja nie obracam się w jakimś środowisku, nie znaczy, że go nie ma. Rok 2017 to rok lekcji tak bolesnych, że zdawały się być ponad moje siły. Ale nadal żyję. I jestem gotowa na więcej.

Z początkiem roku nic nie zapowiadało tak diametralnych zmian. Wszystko miało się ślimaczo toczyć, jak dotychczas. Wielu rzeczy byłam pewna. Oczywiście, to już tradycja, że osiągając w czymś pewność, natychmiast się to traci. Mimo zmian, których tak bardzo się bałam, moje życie wreszcie nabrało rumieńców i tempa. Armagedony działają leczniczo na ludzi. Skłaniają do podjęcia działań ratunkowych. Takim niewątpliwie było założenie bloga. Miało to dla mnie wymiar wręcz terapeutyczny. Armagedony spowodowały, że musiałam przewartościować swoje życie i posprzątać bałagan, który nazbierał się przez ostatnie trzy lata. Jeszcze nie jest czysto, ale coraz czyściej.

W 2017 roku byłam uczciwa. To chyba taka pozostałość po podróży po Gruzji. Ale uczciwa tak naprawdę, a nie tylko wtedy, kiedy mi się zachciało. Taka uczciwość i lojalność jest niesamowicie wręcz skuteczną bronią. Już nie chowam się po kątach i nie udaję, że to nie moja wina, że wina Tuska czy innego ziomka. Przyznaję się bez bicia. Wbrew pozorom to o wiele bardziej skuteczne niż tłumaczenie się i świadczy o tym, że masz jaja i jesteś poważnym człowiekiem., któremu – nawet jeśli coś spieprzy – warto zaufać.

Zamierzyłam sobie, żeby być dla ludzi miłą, uczynną, pogodną i pomocną. Teraz wiem, że uśmiech ma siłę nie do przecenienia, a pogoda ducha to jedyny ratunek w pochmurne dni. Uśmiecham się więc do wszystkich i z każdego, choćby błahego powodu. Dobre śniadanie, ciepła herbata z miodem i cytryną, trzy kilometry na bieżni, spadający śnieg – każdy pretekst jest dobry, jakkolwiek infantylnie to brzmi. Nie jest oczywiście tak, że nie miewam gorszych dni, ale miewam ich znacznie mniej. Prawie wcale.

W Bieszczadach podczas majówki zrozumiałam czego w życiu potrzebuję. Spokoju i stabilizacji. Pewności. Spontaniczność jest fajna, ale w umiarze. Każdy nadmiar odbija się czkawką.

Nauczyłam się przepraszać. Straciłam, ale i odzyskałam ważną osobę.

Dzięki 2017 zobaczyłam czym jest przyjaźń. Jest mi jakoś tak lekko, jakoś tak beztrosko ze świadomością, że nawet jeśli dzieli nas tyle kilometrów, to jesteście, zawsze gotowe żeby wpaść do mnie na wino i wyciągać moje zwłoki spod gigantycznego głazu, który mnie przygniótł. I vice versa. Ale oprócz pielęgnowania przyjaźni zdobyłam kilku nowych przyjaciół. I choć nie jest to przyjaźń oczywista, to bardzo szczera i silna. Będziemy jeszcze razem góry przenosić.

Wakacje, a w zasadzie ich brak i trzytygodniowa choroba nauczyły mnie, że trzeba sobie mówić stop i najzwyczajniej w świecie o siebie dbać. I że nic nie dzieje się bez przyczyny, bo jesteś w tym miejscu, gdzie jesteś najbardziej potrzebny.

2017 był rokiem wyborów. Nieraz były to mniejsze wybory, ale czasem rozdzierało mi się serce między tym co chciałam, a tym, co powinnam była zrobić. Nie często człowiek staje przed takich rozmiarów dylematem, gdzie na szali ważą się zaufanie i chęć chronienia najbliższych przed złem tego świata. Zapłaciłam za to dużą cenę. Jednak z perspektywy czasu widzę, że zrobiłam dobrze i wcale nie żałuję. Gdyby trzeba było wybrać jeszcze raz, zrobiłabym dokładnie to samo.

Zobaczyłam, ze mam moc. Że harda ze mnie baba. Że nic mnie nie złamie, choć wiele mogło. Że nie poddałam się wtedy, kiedy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że to koniec. Że nie utknęłam pod kołdrą i nie pozwoliłam demonom przeszłości rozgościć się znowu w moim mieszkaniu. Wiem, że ze wszystkim sobie poradzę. Pan Bozia tudzież inna światłość nie da ci więcej, niż mógłbyś udźwignąć. Doceniłam wreszcie, że umiem naprawdę sporo rzeczy i nie ma sytuacji, z której nie znajdę wyjścia. Może brzmi to jak pyszałkowatość, ale do cholery, jeśli jesteś z siebie dumny, bo zasuwałeś jak bury osioł, to pysznij się do granic możliwości!

W 2017 roku spełniły się moje małe marzenia. Gregory Porter zagrał mi koncert w Katowicach. A ja siedziałam z przodu i płakałam jak głupia ze wzruszenia przy Hey Laura. W najpiękniejszym miejscu w tym kraju. Odwiedziłam też wystawy moich ukochanych malarzy: Zdzisława Beksińskiego, Salvadora Dali i Fridy Kahlo. Tańczyłam w NOSPrze z Kubą Badachem i pożegnałam Hey.

Do sukcesów mogę zaliczyć nauczenie się szacunku do siebie. Pokochanie, polubienie, szanowanie. To wspaniałe i szkoda, że dotąd tego nie robiłam. Rok 2017 to także początek nowej pasji, jaką jest fotografia. Choć amatorsko, jaram się. Wreszcie, bo nie pamiętam kiedy ostatnio faktycznie coś mnie uszczęśliwiało. To przełamanie się i otwarcie na świat. To czas, w którym mimo, że przygniótł mnie wielki głaz, zebrałam tyłek i pewnie stanęłam na nogach. I już się nie boję.

Zawsze starałam się pomagać, ale w pewnym momencie to ja potrzebowałam pomocy. To niesamowite uczucie, że ktoś robi dla ciebie coś naprawdę dużego i nie chce nic w zamian.

Dołączyłam do fajnej inicjatywy – Magazynu Suplement. Strasznie żałuję, że nie zrobiłam tego wcześniej. Poznałam dzięki temu ciekawych ludzi, uczę się nowych rzeczy i jestem członkiem czegoś większego – to naprawdę daje kopa!

Z końcówką roku mój świat wreszcie się ustabilizował. Ruszyłam z blogiem na poważnie i nie zamierzam się zatrzymywać. Nie chcąc zapeszać, powiem tylko, że zaczyna się klarować moja wizja życia. Nie wiem czy wypali, ale zaczyna mi głowie świtać pewien plan. Czy się uda? Myślę, że za rok o tej porze będę mogła już coś na ten temat powiedzieć 🙂 .

Podziel się:


1 thought on “Co mi przyniósł 2017 rok?”

Dodaj komentarz