Gdybym mogła być mężczyzną jeden dzień.

Wracam z pracy w ten ponury, listopadowy, deszczowy wieczór. Miasto otula dławiąca chmura smogu i wilgoci. Deszcz spływa po szybach. Zimno jak cholera. Wietrznie. Odczuwam jakąś taką wewnętrzną radość i spokój, że moje życie zaczęło się jakoś składać do kupy. Że wreszcie robię to co kocham, że mam czas na obowiązki, pasje i obijanie się. Mimo, że z domu wyprowadziłam się trzy lata temu, dopiero teraz czuję, że mogę wszystko. Wreszcie świat stoi przede mną otworem, a ja mogę pewnie i śmiało w niego wkroczyć. Nie ogranicza mnie nic. No prawie nic. Oprócz społecznych norm, tego-co-wypada, zasad savoir-vivre, i mojej płci. Nie znaczy to jednak, że chciałabym się z kimś zamienić, bo dostrzegam mnóstwo walorów mojej kobiecości, jednak gdy wracając po intensywnym dniu usłyszałam Kayah i jej „Gdybym mogła być mężczyzną jeden dzień…”, zaczęłam się zastanawiać, co by się zmieniło, gdybym została facetem.

Nie wiem, czy wszystko co chciałabym zrobić, mogłabym zdziałać w jeden dzień. Jednak gdyby było to jakkolwiek możliwe, chciałabym zrozumieć jak faceci postrzegają kobiety. Co myślą, gdy na nie patrzą, a co, gdy z nimi rozmawiają. Jakimi kategoriami oceniają kobiecą atrakcyjność i co sobie w płci żeńskiej cenią, a co ich wkurza. Często też myślę nad tym, dlaczego mężczyźni zawsze deklarują, że pragną kobiet inteligentnych, a gdy takową spotykają, uciekają w podskokach w objęcia pań o niewygórowanych wymaganiach i niewielkiej błyskotliwości, często spędzając w ten sposób całe życie. Czy to wewnętrzny leń i wygodnictwo, a może po prostu strach i kompleksy? Jak postrzega się niezaradne, słodkie, głupiutkie kobietki, a jak silne, niezależne kobiety z własnym zdaniem? Czy facet ceni sobie rozmowę na poziomie ze swoją partnerką, czy raczej wolałby brylować swoim intelektem i zachwycać nim uległą pannę?

Brnąc dalej w kwestię relacji damsko-męskich, zastanawia mnie mit dotyczący odczuć i zachowań panów po rozstaniu. Czy wszystkie virale, memy i internetowe komiksy mówią prawdę? Czy kobieta umiera i odradza się z popiołów, a panowie czują pustkę dopiero po czasie, po drodze korzystając z nadarzających się okazji? O ile panie, co do zasady, zamykają się w czeluściach kołdry z ciężarówką wina i czekolady by dogorywać przez pewien czas w samotności, jak radzą sobie z rozstaniem mężczyźni? Czy to kwestia indywidualna, czy jednak płciowość ma tu jakiś wpływ?

Na czym polega ojcowska miłość? Jako kobieta jestem sobie w stanie wyobrazić, choć w niewielkim stopniu, jak zachowałabym się jako matka. Jak ojciec przyjmuje do wiadomości informację o pojawieniu się w rodzinie nowego członka? Czy towarzyszy mu strach, radość, a może determinacja? Jak zapatruje się na założenie rodziny, zwłaszcza teraz, w czasach pełnych Piotrusiów Panów? Kim dla niego jest dziecko i jak wyobraża sobie swoją relację z nim? Dlaczego te kontakty tak bardzo się różnią od kontaktów matki z dzieckiem. Dlaczego jest tak daleko od dziecka? Nie chce, a może nie potrafi się zbliżyć? Może coś mu nie pozwala, może coś powstrzymuje? Dlaczego mężczyznom tak potwornie ciężko przychodzi odczuwanie emocji i wyrażanie ich? Czy facet płacze? Jeśli tak, to kiedy?

Chciałabym pojąć tą męską niechęć do feministek. Nie rozumiem, dlaczego nawet myślący, wykształceni, obyci faceci, na wyraz feministka reagują niemalże torsjami. Czy to ze strachu, czy z odwiecznego prymatu mężczyzn w społeczeństwie, czy dla zasady? Oczywiście, wielu mężczyzn we współczesnych czasach traktuje panie należycie, partnersko, prowadzą razem dom, zajmują się dzieciakami, jednak kiedy powiesz im, że to zachowanie ewidentnie feministyczne, czyli, po prostu pro-kobiece, rzucą się na ciebie z pięściami. Nie chciałabym powodować jakiejś burzy, dlatego nadmienię, że feministka to dla mnie po prostu kobieta świadoma, która zna swoje prawa i nie poddaje się społecznej presji. Która jest w związku, w którym jest szanowana, kochana i traktowana na równi. Która nie daje sobą pomiatać. Nie musi biegać z nagimi piersiami w przestrzeni publicznej, farbować włosów pod pachami i nienawidzić mężczyzn za to, że żyją. Skrajności są zawsze złe, ale zastanawia mnie ten paniczny strach przed kobietami, które chcą być traktowane poważnie, unikając pobłażliwości ze strony panów.

Wreszcie, chciałabym pojąć specyfikę męskiej przyjaźni i w czym jest ona różna od przyjaźni kobiecej. Czy faktycznie jest taka wyjątkowa, czy jest po prostu zwykłą, szczerą przyjaźnią i płeć nie ma tu nic do rzeczy. Chciałabym wiedzieć, gdzie jest granica tej przyjaźni i ile facet może dla niej zrobić. W czym się ta przyjaźń przejawia, jednak w oderwaniu od stereotypowych ozdobników. Czym trzeba sobie zasłużyć na miano przyjaciela i kto wygrywa w ostatecznym rozrachunku – partnerka czy przyjaciel?

Oczywiście, mam świadomość, że uogólnienia i stereotypy mogą być krzywdzące, a odcieni męskości jest tyle, ilu mężczyzn chodzi po ziemi, jednak jestem przekonana, że znalazłoby się kilka wspólnych mianowników w tych tematach. Jest jeszcze jedna rzecz, którą chciałabym zrobić jako facet. Siku na stojąco to musi być wyjątkowo wygodna sprawa!

Podziel się:


2 thoughts on “Gdybym mogła być mężczyzną jeden dzień.”

  • Oj, przeczytałam z uwagą, ale na mężczyznach nie znam się zbyt dobrze. Aczkolwiek co do społecznych norm, tego, co wypada, a co nie ect. to ogranicza Ciebie tylko Twoja osoba. I chyba kluczowe jest tutaj posiadanie wystarczającej odwagi, by zmierzyć się z ewentualnym wykluczeniem społecznym. A także milionem innych rzeczy, często nieprzyjemnych, które może ściągnąć na Ciebie dokonany wybór – wbrew społecznym normom i oczekiwaniom. Piszę z autopsji i biorę pełną odpowiedzialność za swoje słowa 🙂
    Pozdrawiam 🙂
    • Wiem co chcesz napisać. Wydaje mi się, że płeć ma w społeczeństwie olbrzymie znaczenie i mocno rozgranicza role. Staram się sama od tych ról jak najdalej uciekać, jednak pewnych rzeczy jako kobieta zrobić nie mogę. Tak samo mężczyźni mają swoje wartości i granice, których nie przekraczają – choćby to chorobliwe przeświadczenie, że za wszelką cenę muszą być głową rodziny i tylko oni sami są za nią odpowiedzialni. Obydwie płci są mocno ograniczone takimi konwenansami. Jednak ja pisząc to, w domyśle miałam raczej fakt, że moja płciowość powoduje pewien rodzaj zagrożenia – o wiele mniejszy odsetek mężczyzn jest atakowany wracając wieczorem do domu, a tym bardziej samotnie podróżując. Pod tym względem panowie mają łatwiej i sami mogą spokojnie podróżować autostopem po terenach ex-Związku Radzieckiego, na co ja nie bardzo mogę sobie pozwolić, ze względu na to, że jestem kobietą. I to mnie najbardziej boli 😛 O takich ograniczeniach piszę, nie o społecznych, bo od ulegania presji konwenansów jestem daleka 🙂 choć w istocie ten problem jest duży i poważny i wiele kobiet zostaje stłamszone przez to-co-wypada. Pozdrawiam ciepło i dzięki, że wpadłaś! 🙂

Dodaj komentarz