Halo, Warszawo, my też tu jesteśmy!

małe miasteczkoLeave a Comment on Halo, Warszawo, my też tu jesteśmy!

Halo, Warszawo, my też tu jesteśmy!

Kiedyś miałam okazję rozmawiać z panem posłem Adrianem Zandbergiem. Było to niedługo potem, gdy do miasteczka mojej licealnej edukacji przyjechał prezydent Andrzej Duda co odbiło się niebywałym echem. Zapytałam posła Zandberga, dlaczego spotykamy się w Kielcach, mieście wojewódzkim, w kilkanaście osób, zamiast organizować podobnie duże akcje promocyjne lewicy w tycich miasteczkach, tak jak prezydent. Powiedziałam, że jako mieszkanka miasteczka, którego symbolem jest największy na świecie żeliwny grzejnik, czuję się przez lewicę pominięta. Cała poprzednia władza olewała nas „małomiasteczkowców” ciepłym moczem i znowu czuję zapach politycznej uryny wylanej na płowe pola świętokrzyskich wiosek i miasteczek polski powiatowej. Znowu ktoś mówi o mnie, za mnie i beze mnie. Poseł Zandberg powiedział mi, że to kwestia braku struktur partyjnych w małych miasteczkach, które mogłyby organizować takie wydarzenia i że gdyby takowe istniały, z pewnością tego rodzaju wydarzenia miałyby miejsce. Być może by tak było, nie wiem. Pan Zandberg nigdy jeszcze nie zawiódł moich oczekiwań politycznych i kibicuje mu jak wściekła. Ale pamiętam, gdy u władzy była Platforma Obywatelska, której biura były wszędzie, bo w Platformie opłacało się być. Nie pamiętam, aby kiedykolwiek odwiedził nas jakiś wpływowy polityk tego ugrupowania. Pamiętam za to głośną wizytę Zbigniewa Ziobry, Patryka Jakiego czy właśnie Prezydenta Dudy. Po kolejnych przegranych przez opozycję wyborach, znowu usłyszę, że moje województwo jest zaściankiem i zacofaną ciemnotą umysłową, silnym bastionem PISu. I tylko, do cholery, nikt nie zauważy, że cały czas, permanentnie posłowie i posłanki ugrupowań jakkolwiek „oświeconych”, mają nas serdecznie i głęboko w dupie. 

Można odnieść wrażenie, że mam jakiś kompleks małego miasteczka i płonę z nienawiści do miasta stołecznego. Nic bardziej mylnego. Uwielbiam Warszawę! Dała mi cholernie duże możliwości i niesamowicie poszerzyła moje horyzonty. Jest ciekawa, jest kolorowa, jest seksowna i charyzmatyczna. Ale jest też strasznie głośna i prędka, a nie tak chcę żyć na co dzień, przynajmniej nie teraz. Dzięki technicznemu postępowi mam szansę na to, aby współpracować ze wspaniałymi ludźmi zdalnie, a po bułki iść po brukowej kostce obok drogi krajowej 42. Kocham las, a ciszy potrzebuję jak powietrza. Przepadam za wsią. Za jej kolorytem, przaśnością i niespotykaną nigdzie indziej symbiozą człowieka z przyrodą. Za kurami, które śmiesznie brykają po ulicy. Za ciszą, która z impetem niesie się po ulicach, gdy na zegarze wybija godzina 14 w sobotę. Za tym przepysznym chlebem i koneckim masełkiem w złotym papierku. Za jezuskami przymocowanymi na trytytki w kolorowych, przydrożnych kapliczkach. Za rurkami z kremem i „neską” ze śmietanką z plastikowego pojemniczka wlewaną do szklanki z koszyczkiem w najlepszej cukierence w okolicy.

A gdy potrzebuję się zanurzyć w kulturze i światłach miasta, kupuję bilet taniomiastowy i znikam na weekend. To taka odwrotna sytuacja od tych, gdy miastowi uciekają do swoich daczy na wsi. Ja miasto dozuję sobie tylko w kawałkach. Poza Warszawą staram się jak najwięcej bywać w innych stolicach i metropoliach świata, by widzieć rzeczy i ludzi i życie. Ale wracam zawsze tutaj, gdzie wieczorem zasypiam w ciszy i ciemności. 

Dzięki romansowi ze stołecznym miastem, mogę studiować gender. Dzięki długoletniemu związkowi ze Śląskiem, zostałam prawniczką. Ale to dwa zupełnie różne czasy i sposoby myślenia. Na Śląsku, mimo że jest sporo mniejszy od Warszawy, czułam się ze swoim pochodzeniem nieswojo i miałam duży kompleks małomiasteczkowości. Postrzegałam to jako wadę. Ale gdy na pierwszych dżenderowych warsztatach rozmawialiśmy o tym, że miasto Warszawa przestało finansowo wspierać inicjatywę tworzenia hosteli dla bezdomnych osób niepełnoletnich, które z powodu braku akceptacji dla ich odmiennej orientacji seksualnej, zostały wyrzucone z domu przez rodzinę, doznałam olśnienia.  Jako wieloletnia sojuszniczka mniejszości i dyskryminowanych grup społecznych, dostrzegam realny problem w tym, że rodzice wyrzucają z domu dzieci, gdy dowiedzą się o ich nieheteroseksualnych preferencjach. To super, że ktoś zwrócił uwagę na taki stan rzeczy i chce pomóc. Zresztą, czy to dzieciak LGBT czy nie, wyrzucanie go z domu przez rodziców jest skurwysyństwem każdorazowo. Tylko nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Polska nie jest jeszcze na tak wysokim stopniu rozwoju, aby kompleksowo rozwiązywać problemy o tak szczegółowo określonym targecie. Zwłaszcza, jeśli w miasteczkach takich jak moje, do niedawna, w promieniu kilkudziesięciu kilometrów, nie było nawet schronisk dla zwierząt. 

Gdy jadę na Nowy Świat, wsiadam sobie w autobusik i po kilku minutach docieram do Polskiej Akademii Nauk. Tymczasem w mojej rodzinnej miejscowości ludzie zdani są wyłącznie na prywatnych przewoźników, bo cała państwowa sieć komunikacyjna już tu nie istnieje. Moja babcia może dojechać ze swojego domu do centrum miasta tylko dwa razy dziennie o 7 i 11. Nie ma u nas pociągów, tramwajów, komunikacji miejskiej.

W powiecie, w którym mieszkam, psychoterapia na NFZ jest możliwa wyłącznie w jednym punkcie. Aby się na nią dostać, w kolejce musisz czekać blisko 7 lat, bo rocznie prowadzi ona dziesięciu pacjentów, a w kolejce jest ich ponad 70. Prościej jest sobie strzelić w łeb. Mam szczęście, bo trafiłam na lekarza-ginekologa, który jako jedyny w okolicy ma szansę badać kobiece piersi na NFZ. Do kina mogę wybrać się w ramach ciekawostki, a nie tak jak to robię, przebywając w miastach – kilka razy w miesiącu. Najbliższy przybytek tego rodzaju mieści się ponad 40 kilometrów dalej. 

Zamykana jest kolejna wiejska szkoła. Padły wszystkie okoliczne fabryki, które zatrudniały dziesiątki, a nawet setki osób. Na palcach jednej ręki jest się w stanie zliczyć rodziny, których nie rozpędziła po świecie zarobkowa emigracja. Eurosieroty siedzą w tym mieście i nienawidzą go, bo przez to że władza ma nasze miasteczko w dupie, ich rodzice wyjechali za granicę. A wisienką na torcie są dziesiątki silosów wypełnionych toksycznymi odpadami, które są notorycznie, bez żadnej kontroli składowane w takich powiatowych miasteczkach jak nasze i nikt się nie przejmuje, gdy po raz kolejny chemiczne śmieci płoną, zabijając nas z każdym wdechem. Nikt nie chce się zająć utylizacją, bo jest ona zbyt kosztowna. Lepiej usiąść i patrzeć jak małomiasteczkowi padają jak muchy. I tak nikogo oni nie obchodzą.

Przy okazji wyborów korespondencyjnych pojawia się często pytanie: dlaczego nie można przeprowadzić ich online? Uprzywilejowani ludzie z pieniędzmi, żyjący w przestrzeniach ciasto oplątanych światłowodem pytają, dlaczego wyborów nie można prowadzić za pośrednictwem Internetu. No bo przecież Internet jest dla nich jak kroplówka, a jej odłączenie może spowodować nagły zgon pacjenta. Otóż w Polsce powiatowej nie wszyscy mają dostęp do komputera i Internetu! Istnieje coś takiego, jak wykluczenie cyfrowe moi kochani milusińscy. Przed kilkoma tygodniami grupa fajnych ludzi zbierała po domach stare tablety i laptopy, bo dzieci przez koronawirusa, nie miały dostępu do zajęć lekcyjnych. Tak, w XXI wieku, osoby z biedniejszych kregów społeczeństwa, często również osoby starsze nie mają dostępu do czegoś, bez czego wy nie umiecie funkcjonować. Jak więc mówić o ściśle wyprofilowanych hostelach przeznaczonych dla wręcz promilowych grup społecznych? 

Cholera mnie bierze, gdy słyszę, że ten region jest zacofany i „nie rozumie naszych miejskich problemów”. Jest zacofany, bo rządzącym tak jest wygodnie. Nikogo nie interesuje jak wygląda życie 72% Polaków. Tylko 28% obywateli mieszka w dużych lub wielkich miastach, a wszystkie regulacje są ustanawiane właśnie przez pryzmat wielkomiejskiej mniejszości. Gdy zamknięto lasy z powodu pandemii, mieszkańców małych miejscowości położonych w leśnych gęstwinach ogarnął pusty śmiech, bo o ile stężenie Warszawiaków na Polach Mokotowskich czy w Lesie Kabackim mogło być zagrażające dla rozwoju choroby, o tyle napotkanie człowieka w lesie nad rzeką Czarną graniczy z cudem. Ale jak zwykle „Polsce B, C, D, X, Y, Z” oberwało się za rodziny uprawiające pikniki w aglomeracyjnych terenach zielonych.

Niemniej jedno zrozumiałam z całą pewnością: osoby, które jak ja, mają doświadczenia z życia w niewielkich miejscowościach i które chciałyby wprowadzać realne zmiany w społeczeństwie, mają niepowtarzalną szansę na działanie. Posiadają bezcenną perspektywę, której nie mają ludzie wychowani wyłącznie w miastach (i nie ma w tym nic złego). Wiadomo, że można się realizować wyjeżdżając do większych ośrodków miejskich, ale jeżdżąc po miastach widzę, że działa tak masa wspaniałych, wrażliwych ludzi, którzy pragną zmieniać rzeczywistość. Mają też jedną podstawową cechę, która czyni z nich wspaniałych działaczy: mają świadomość problematyki danego obszaru i złożoności społeczeństwa miejskiego. Dlatego dostrzegają nawet te najmniejsze przejawy trudności i starają się im przeciwdziałać. Wielkie miasto, wiele problemów. Na szczęście tych aktywnych i z pomysłem jest tam dostatecznie dużo, by skutecznie działać. Niech więc robią swoje. A małomiasteczkowcy zamiast tracić czas na rozpoznawanie problematyki nowego regionu, mogą przyjrzeć się bliżej swojemu mikroobszarowi i swoją energię przelać właśnie tu. I zrobić o wiele więcej dobrego i działać o niebo skuteczniej, niż próbować rozwiązywać problemy, o których nie ma się pojęcia.  

W ramach tego miejsca w Internecie zajmuję się prawem, feminizmem, socjologią i etyką. Wkręty metryczne to moja gorąca miłość. Ostatnio jara mnie historia polskiej kolei i prowincjonalnych ruchów robotniczych. Moim wielkim marzeniem jest odwiedzić wszystkie kraje byłego ZSRR. Więcej o mnie przeczytasz w zakładce o tajemniczo brzmiącej nazwie "o mnie".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Do góry