Jerozolima ma dla mnie twarz martwego dziecka

Jerozolima, 2018. Fot. R.Miernik
Jerozolima, 2018. Fot. R.Miernik

Mimo mojego zachwytu Tel Avivem, Jerozolima mnie przeraziła. Jako nowoczesne miasto jest świetnym ośrodkiem, pełnym klimatycznych knajpek, fajnych sklepów, pachnących orientem targowisk i płaszczyzną życia dla równie wielu nacji i wyznań, co Tel Awiw, ale wystarczy, ze oddalisz się w stronę „świętego miasta” i zaczyna się cyrk. Nie pojechałam do Jerozolimy kontemplować Drogi Krzyżowej Jezusa po Via Dolorosa – to muszę uczciwie przyznać. Jednak jeśli ktoś tam jedzie w takim celu, to szczerze współczuję, bo sobie raczej nie pokontempluje. Szczerze mówiąc byłam przerażona przeprawą przez mury starożytnego miasta. Może to kwestia piąteczku i zbliżającego się szabatu, że ilość ludzi tak przybrała na sile, niemniej dawno nie widziałam czegoś tak przytłaczającego i hańbiącego jak to, co dzieje się w „świętym miejscu”.

 

Sytuacja polityczna Jerozolimy jest potwornie skomplikowana – kilkadziesiąt kilometrów od niej dzieje się wojna. Ludzie giną, pociski wybuchają, budynki upadają. W jednym miejscu na świecie mieszkają przedstawiciele trzech monoteistycznych gigantów – muzułmanie, chrześcijanie i Żydzi. I – z tego co widziałam – nawet sprawnie to działa. Ale nie tam – w świętym dla nich wszystkich starożytnym Jerusalem. Przekraczając próg tego – wydawałoby się, mistycznego miejsca owianego ponadczasową, przekraczającą granice państw, sławą – wpadasz na … bazar. Tak, na bazar. I o ile nie dziwiłoby mnie, gdyby to miejsce okupowali sprzedawcy pierdołowatych dewocjonaliów, to skala handlu jest porażająca. Gdybym była osobą wierzącą, wydaje mi się, że mocno obrażałoby to moje uczucia. Jestem naprawdę wyrozumiała, ale sprzedaż majtek, biustonoszy, śpiewających piesków z plastiku nie powinna graniczyć z miejscem Męki Pańskiej czy najświętszym żydowskim miejscem na świecie.  Ale pal sześć te majtasy.

 

Najgorszą rzeczą, którą zobaczyłam byli żebracy. To że mam na nich alergię, to już pewnie wiecie. Ale przecież Jerozolima to najbardziej dochodowe miejsce dla uprawiania tego sportu. Ok. Rozumiem. A przynajmniej się staram. Idąc zatłoczoną uliczką i wdychając trudne zapachy kadzidła zmieszanego z tłuszczem, na którym usmażono milion dwieście falafeli, starając się nie nadepnąć na biegające między nogami szczury, wpadam na nią – kobietę ubraną w jakieś łachmany, siedzącą pod ścianą ze spuszczoną głową. Podnosi oczy i wzrok ma wściekły. A w rękach trzyma chłopca. Na oko tak ze 4-5 lat. Chłopiec śpi w bezruchu. Ale patrząc na jego zasłonięte oczy, sine usta i głowę, która opadła do tyłu pod takim kątem, że żaden człowiek nie byłby w stanie w ten sposób oddychać, mam wątpliwości, czy rzeczywiście aż tak zmorzył go sen. Wylazłam z tego kociokwiku. Przeszedłszy go na wskroś miałam dość. Jakiś stary chłop zawiązał na mojej ręce jakąś czerwoną kokardkę nawet nie pytając mnie o zgodę i wyciągnął dłoń w oczekiwaniu na zapłatę. Poor kids, charity – tak, tak, już ja znam te wasze hore curki. 

 

Okazało się, że cały ten kompleks jest dość duży, a obejście go wokół zajmie trochę  zbyt dużo czasu, aby zdążyć na ostatni, przedszabasowy autobus do Tel Awiwu. Ale chcę wracać, bo mi słabo po tym co zobaczyłam. Nie ma rady – muszę przejść to jądro ciemności drugi raz. Z olbrzymią niechęcią wchodzę do miasta. Postanowiłam obejrzeć dzielnicę ormiańską i żydowską, niemniej moja mapa, tudzież orientacja zawiodły mnie w tym piekielnym labiryncie. Tłum sprawił, że chcąc nie chcąc, trafiłam na tą samą drogę co wcześniej. Idę, już nie zwracając uwagi na to co za mną, przede mną i obok mnie. Chcę się tylko wydostać. I nagle w tym całym młynie spoconych pach i tłustych falafeli potykam się o coś. Nie o coś, a o kogoś. O kobietę, która trzyma dziecko. Tak, tą samą kobietę. Z tym samym dzieckiem. Wpadam z impetem i prawie się przewracam o to bezwładne ciałko. Chłopiec ani drgnął. A jego usta nadal są fioletowe. Jestem w panice, bo nie wiem co robić. Wściekły tłum żądny łaski pańskiej przepycha mnie dalej. Obok tej całej scenki stoi grupa siedmiu żołnierzy. Kurwa, martwe dziecko leży wam pod nogami, a wy nie widzicie?! Nie widzą. Mi z oczu lecą już łzy – z tej bezradności, ze strachu i potęgi obojętności. Chcę jak najszybciej stamtąd wyjść. Gdy wreszcie udaje mi się uciec, czuję się jakbym siedziała pod wodą z 30 minut i dopiero teraz się wynurzyła. Zapamiętam twarz tego dziecka do końca życia. W końcu nie mogłam przez nią spać przez 3 dni.