„Niech żyją odludki”, czyli o tym, jak Newsweek nie zrozumiał lekcji zawartej na 462 stronach.

Kiedyś napisałam tekst dla Magazynu Suplement dotyczący introwertyzmu, czyli takiego typu osobowości, który nie czuje się komfortowo w zbyt intensywnych kontaktach społecznych, ma swój świat, do którego wpuszcza tylko nieliczne osoby, „nie umie w small talk” i męczy się rozmowami o pogodzie. Bazowałam na wiedzy zaczerpniętej z głównie z książki Susan Cain „Ciszej proszę”, która zyskała pozycję biblii introwertyków i stała się bestsellerem na liście NYT. Oprócz tego wysłuchałam kilku podcastów i przeczytałam parę artykułów związanych z introwertyzmem. Do zagłębienia się w temat skłoniło mnie obejrzenie starego filmu Włodka Markowicza oraz wyznania dotyczące introwertyzmu moich ulubionych twórców internetowych. Nawet po obejrzeniu tych filmów, po macoszemu traktowałam pojęcie introwertyzmu, dopiero lektura „Ciszej proszę!” pozwoliła mi zrozumieć czym ów introwertyzm jest, jak źle mi było bez świadomości istnienia tego pojęcia i jak bardzo mi lekko, gdy już wiem, że nie muszę udawać i dążyć do ideału, który nie jest mój, własny.

 

Newsweek jakiś czas temu także popełnił na ten temat artykuł – wczoraj przypomniał go w newsfeedzie na facebooku. Bazował nawet na tej samej książce, tylko wyszły z tego … odludki. Świadczy to tylko o tym, jak mocno strywializował to zjawisko autor tekstu, który przeczytawszy książkę traktującą przez 462 strony o tym, że należy wreszcie pozbyć się stereotypu introwertyka jako mruka, dzikusa i borsuka i spróbować go zrozumieć i zaakceptować, z uporem maniaka wciska w nagłówek artykułu pejoratywnie nacechowane określenie introwertyka – odludka.

 

Zasób słowny polskiego języka jest niemierzalny, choć w istocie, w niektórych kategoriach brakuje wyrazów nazywających pewne zjawiska zupełnie neutralnie bez jakiegokolwiek emocjonalnego kolorytu. Tak się dzieje w przypadku wyrazów nazywających części intymne człowieka oraz właśnie w przypadku „introwertyka”. Jednak autor tekstu poszedł o krok dalej i negatywnie określał nie tylko introwertyków,  ale też ekstrawertyków. Ekstrawertyk to niekoniecznie „krzykacz”. To po prostu osoba, która nie odczuwa dyskomfortu w kontaktach dużą grupą ludzi i z łatwością przychodzi jej nawiązywanie nowych znajomości. Krzykacz również kryje w sobie pejoratywne konotacje. Bardzo to nieładne. Bardzo generalizujące. Bardzo krzywdzące.

 

Z artkułu wynika jeszcze jedna wymyślona przez autora cecha introwertyków, mianowicie niechęć do nowości. Nieciekawość. To zdaje mi się być po prostu błędem. A w artykułach magazynu stojącego na relatywnie wysokim poziomie, nie ma miejsca na błędy. Introwertyk to człowiek, który dużo czasu spędza na analizowaniu różnych zjawisk. W zależności od osobistych preferencji obserwuje zachowania ludzi, przyrody, zgłębia tematykę swojej ulubionej dziedziny nauki. To nie jest tak, że jest nieciekawy, że nic go nie interesuje. Wiesz, czego nie jest ciekawy introwertyk? Wszystkich knajp w mieście. Całego świata. Wszystkich ludzi. Ma swoje miejsca, ulubione kawiarnie, grono zaufanych osób. Nie chce odkrywać co tydzień czegoś nowego, a w wakacje ma czasem ochotę wrócić w miejsca, które zna. Jak się uprze na swojego kurczaka curry w małej knajpce w bocznej uliczce, to nie ciągnij go na siłę do hałaśliwej restauracji z burgerami. Ten „brak ciekawości” autor pomylił z „brakiem ciekawości poznawczej”, której akurat introwertykom odmówić nie sposób. Nie wiem nawet czy to żenujące, czy smutne. Ale chyba smutne, że wykształcony dziennikarz dopuszcza się tak rażącego niedbalstwa.

Mam świadomość, że to stary tekst i jeszcze kilka lat temu nie było takiej społecznej wrażliwości na pojedyncze słowa. Rozumiem także, że pisanie tekstu, w którym co rusz używa się jednego określenia w różnych odmianach [tj. Introwertyk,  introwertyzm, introwertyczny] może powodować wrażenie ciężkości tekstu i językowej nieporadności, ale szukając synonimów, starajmy się aby były one odpowiednie nie tylko semantycznie, ale przede wszystkim by ich emocjonalny koloryt nie oscylował w granicach prześmiewczości i złośliwości. Postulatem książki Susan Cain było nie dzielenie społeczeństwa, niestygmatyzowanie poszczególnych jego członków. I o ile w społeczeństwie w pewien sposób stygmatyzowało i stygmatyzuje się introwertyzm, to w artykule Newsweek’a oberwało się wszystkim. Po równo. Jest sprawiedliwie, tylko czy o taką sprawiedliwość chodziło?

Słowo ma olbrzymie znaczenie i trzeba go używać ostrożnie.