Ej , baby! Nie wykluczajcie facetów z feminizmu!

Żeby móc deliberować o problemach związanych z kobiecą solidarnością, powinnam chyba zacząć od nakreślenia granic, w których mieści się ów określenie. Tylko jest to kosmicznie trudne zadanie, bo ciężko definiować rzeczy tak subiektywne i w praktyce nie istniejące. Bardzo łatwo w tym przypadku dać się ponieść marzeniom i nakreślić utopijną fantazję na temat kobiecej solidarności. Z drugiej strony w kraju, w którego historię tak mocno wpisał się ruch solidarnościowy, to trochę śmieszne, że ciężko wskazać czym jest solidarność.

 

Ok, zaczynamy poszukiwania

O ile potrafiłabym słownikowo zdefiniować to określenie, to na płaszczyźnie faktycznego znaczenia jest mi o wiele trudniej. Być może to przez naleciałości wyniesione ze szkoły prawniczej, „kobieca solidarność” jest dla mnie stwierdzeniem tak dziurawym, abstrakcyjnym, szerokim i kompletnie niedookreślonym, że wydaje mi się to być zarazem jednym z największych problemów w budowaniu ów solidarności między kobietami. Z pozoru jest to dość banalna zbitka, której znaczenie łatwo zgadnąć – są kobiety i te kobiety w jakiś sposób się wspierają.

Zacznijmy od analizy określenia „kobieca”. Co oznacza, że solidarność ma być kobieca? Że ma być praktykowana tylko przez kobiety? Co z mężczyznami, którzy stali ramię w ramię w 2016 roku z masą kobiet, biorąc udział w strajkach przeciwko zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej? Czy mamy przekreślać fakt niewątpliwej postawy solidarnościowej z kobietami tylko dlatego, że różnimy się w sposób biologiczny?

 

Kim w ogóle jest kobieta?

Kiedy człowieka można nazwać kobietą i co oprócz zdolności rozrodu i oczywistych różnic fizjologicznych, czyni kobiety kobietami? A gdy kobieta z przyczyn losowych jest pozbawiona zdolności prokreacyjnej, nie zasługuje już na miano kobiety? Czy kobietą stajemy się w pewnym wieku, bo przecież „nikt nie rodzi się kobietą”, a jest to jedynie zabieg socjalizowania części ludzi do określonej roli społecznej? A może kobietami jesteśmy już w chwili narodzin? Czy kobieta zaczyna się od pierwszej miesiączki, może od pełnoletniości, a może gdy stanie się matką? Co z trans-kobietami? Czy siostrzaństwo między osobami cis i trans jest możliwe czy to już pole związane z zagadnieniem transfobii i jej zapobieganiu.

 

Czym jest ta legendarna solidarność? Jak się przejawia?

W jakim zakresie miałybyśmy być solidarne? Czy miałybyśmy razem chodzić, ramię w ramię na „czarne marsze”? Tu pojawia się dychotomia – dlaczego nie na marsze w obronie rodziny? Przyjmowanie, że jedynym słusznym społecznie i cywilizacyjnie kierunkiem jest jeden nurt myślowy, jest trochę niepokojące. Przecież tak powstał faszyzm. (Jestem osobą totalnie pro-choice, ale sądzę, że ludzie mają prawo mieć własne zdanie w tym zakresie i nie mam prawa go im odbierać).

Z całą pewnością działaniami budującymi solidarność będą wszelkie kampanie o zapobieganiu i walce z przemocą wobec kobiet. To mogą być festiwale filmowe autorstwa kobiet, spotkania amazonek czy lepienie garnków z gliny przez ofiary przemocy seksualnej, w formie terapii posttraumatycznej. To wszystkie te ruchy, kiedy przypomina się kobietom o konieczności wykonywania profilaktycznych badań mammograficznych i cytologicznych. To sztuka zaangażowana w sprawy kobiece. To instagramerki i youtuberki mówiące o bodypositive, edukujące seksualnie i snujące fascynujące opowieści o kobiecej sile. Czy siostrzaństwem jest chodzenie na ploteczki i picie wina? Może narażam się na śmieszność, ale w mojej opinii trochę jest. Czy solidarnością jest podanie pomocnej podpaski czy tamponu w awaryjnej sytuacji? To też trochę solidarność.

To także moment, kiedy na twoje zajęcia crossfitu przychodzi ośmiolatka ze szparami między zębami, z których powypadały przed chwilą mleczaki i przejęta mówi ci, że musi schudnąć, bo ma za duży brzuch, a ty jej tłumaczysz co to znaczy dojrzewanie, czym się różni obsesja od zdrowego stylu życia i mówisz, żeby starała się siebie polubić. To chwila, gdy córka płacze, bo sukienka nie leży jak powinna, a ty jej mówisz, że to nie ona ma się dopasowywać do sukienki, tylko dobrać ubranie, które będzie pasować do niej. To nieduży plakat na ścianie prowincjonalnej siłowni, który mówi, gdzie kobiety w kryzysie mogą poszukać pomocy i że zawsze mają prawo mówić „nie”.

 

Czy być solidarną można tylko przez działanie, czy także przez zaniechanie?

To rozróżnienie może wydawać się egzotyczne w tej dziedzinie, a w prawie praktycznie zawsze jest poruszane przy omawianiu czynów zabronionych w kodeksie karnym. Myślę, że wbrew obiegowej opinii, solidaryzować można się również biernie. Solidarność to przyjmowanie do wiadomości, nieocenianie i niewartościowanie. To brak kąśliwych sugestii na wiele różnych tematów – począwszy od tego jak ktoś wygląda, poprzez wiarę w mniej lub bardziej konkretne bóstwa, skończywszy na tym z kim i jak sypia.

Solidarność jest wtedy, kiedy racjonalistki podają sobie dłonie z czarownicami; heteronormatywne kobiety z kobietami nieheteronormatywnymi; młode kobiety ze starszymi kobietami; kobiety skrzywdzone i te, które chcą pomóc; wierzące z niewierzącymi; fitnesiary i nie; wielkomiejskie z małomiasteczkowymi czy tymi ze wsi; Polki z imigrantkami mieszkającymi w Polsce; weganki z mięsożernymi kobietami. Tak można w nieskończoność.

 

ALE!

W środowiskach o charakterze lewicującym zauważam tendencje do jakiś takich niebezpiecznych i wydumanych fantazji, które są absolutnie piękne, jednak realność wprowadzenia w życie tych pomysłów jest często równa zeru. Podobnie było z komunistyczną wizją świata, gdzie wszyscy mają pełne brzuszki, mają pracę, mają wszystkiego po równo i z radością w sercach i wypiekami na polikach, niosą światu na ustach pieśń ku chwale komunistycznej partii rządzącej. Pozostawiam bez komentarza, czy ten zamysł był słuszny, czy nie; bardziej interesuje mnie fakt, na ile ta wizja była zbieżna z realiami. Jak uczy historia – no nie była zbieżna zbyt mocno.

Kobieca solidarność cierpi z powodu jednego, zasadniczego problemu, którym jest niedookreśloność pojęcia. To fundamentalny problem, bo jeżeli chcemy wprowadzać w życie ideę, to najpierw musimy dowiedzieć się co dokładnie ona znaczy. Argument o pomaganiu sobie nawzajem przez kobiety jest infantylny i nie ma szans na przebicie się w publicznym dyskursie. Zmiana wymaga konkretnych, określonych rozwiązań. Wymaga wieloletniej edukacji społeczeństwa, a przede wszystkim zrównania szans bytowych.

 

Skoro już o wyrównywaniu szans mowa

Dyskusja o feminizmie i o tym jak zacna to idea, siedząc przy stoliczku w uniwersyteckiej sali, w stolicy europejskiego państwa, może być naprawdę porywająca i superowocna. Problem w tym, że większość kraju stanowią wsie i małe miasteczka, w których nie ma nawet odpowiednio wyposażonych bibliotek w książki związane z tematyką feminizmu; gdzie ów feminizm jawi się jako coś obcego, wydumanego i nierzeczywistego. Dyskusje akademickie mają się świetnie w mieście, w którym organizowane są festiwale, wystawy, kampanie i innego rodzaju eventy związane z feminizmem i budowaniem kobiecej solidarności. Szkoda tylko, że rzadko kiedy działacze i działaczki wychylają nos zza granicy miasta stołecznego, zapominając o tak ubogich regionach Polski jak woj. podkarpackie czy świętokrzyskie. W tej prostej sytuacji natychmiast dochodzi do starcia: kobieta miastowa – kobieta ze wsi. Kobieta miastowa zastanawia się nad konspektem kobiecości, transpłciowością i innymi problemami związanymi z szeroko rozumianą płciowością, zaś kobiety z małego miasta czy wsi nawet nie dostrzegają najbardziej ordynarnych przejawów przemocowego patriarchatu, na którego łaskę i niełaskę są zdane i zostawione sobie samym.

 

Miejski feminizm nie rozumie potrzeb kobiet ze wsi

czy małych miejscowości, a dla kobiet z małych miast problemy poruszane przez mieszkanki stolicy są często wyssane z palca, bo nie rozumieją one ani akademickiego języka debaty, ani zasadności analizowania kolejnych przedmiotów badań feministycznych badaczek. I ten prosty przykład pokazujący dychotomię dwóch, na pozór nie tak odległych rzeczywistości, stanowi preludium do całej gamy zgrzytów, z którymi polskie, europejskie, wychowane w kręgu kultury chrześcijańskiej, białe, heteroseksualne badaczki ze stolicy kraju, będą musiały się zmierzyć, gdyż nie rozumieją ani kontekstów kulturowych, ani etycznych, które kierują kobietami; nie doświadczają też wykluczenia na różnych polach. I nie jest to z mojej strony zarzut, a jedynie argument za tym, aby przemyśleć czy siostrzaństwo intersekcjonalne na tak ogromną skalę jak globalna, jest w ogóle potrzebne i możliwe do zrealizowania.

 

Czy łączy nas faktycznie tak wiele?

Nie jestem pewna, czy sam fakt posiadania wagin jest dostatecznie scalającym fundamentem, aby budować na nim cokolwiek więcej. Dzieli nas wszystko inne: orientacja seksualna, wyznanie, miejsce zamieszkania, rasa, a nawet to w jakich warunkach, rodzinie i otoczeniu dorastałyśmy. Zatem każda kobieta jest składową niezwykle wielu różnych, indywidualnych doświadczeń, które powodują, że jest ona skrajnie różna. A przy takim stężeniu różności, ciężko jest rozumieć każdy czynnik i każdą motywację z osobna i nie ma w tym nic złego. A. Lorde pisała, że „trzeba szczególnej akademickiej arogancji, aby zakładać dzisiaj w ogóle możliwość dyskusji na temat feminizmu bez przyjrzenia się dokładnie dzielącym nas różnicom i bez znaczącego udziału kobiet ubogich i pochodzących z 3. Świata, a także lesbijek”. Do tego wyliczenia można dodać cokolwiek innego, co determinuje jakim człowiekiem jesteśmy, jakie wartości wyznajemy i jakimi motywacjami uzasadniamy swoje działania. Solidarność musiałaby odbywać się ponad podziałami, co jak dotąd nie udało się nigdy w czasie trwania historii człowieka, nie wiem zatem co musiałoby się wydarzyć, aby zadziałała tym razem.

 

Kobieca rywalizacja

Być może to, co teraz przytoczę, zostanie skategoryzowane jako dowód anegdotyczny, ale praktykując kobiecość od 25 lat, zauważyłam tendencje kobiet do rywalizacji między sobą. Nie wiem czy wynika to z jakiś pierwotnych instynktów i chęci jak najbardziej znaczącego oznaczenia terytorium i „nastroszenia piórek”, niemniej nawet A.Lorde w pewnym sensie zauważa te tendencje: „Jako kobiety zostałyśmy nauczone albo ignorować różnicę między nami,  albo postrzegać bardziej jako powodu podziałów i podejrzliwości, aniżeli jako siłę do przeprowadzenia zmian”. Gdy kobieta wejdzie do pokoju pełnego obcych ludzi, obecność mężczyzn uzna za neutralną, zaś relacje z kobietami tam przebywającymi mogą potoczyć się na wiele sposobów: kobieta może zostać duchową przewodniczką wszystkich obecnych pań, niczym Bridget Jones w tajskim więzieniu dla kobiet, stanąć na podwyższeniu i z biustonoszem naciągniętym na bluzkę śpiewać z całych sił „Like a Virgin”,  a może próbować zyskać przychylność mężczyzn, pokazując na zasadzie kontrastu z inną kobietą, o ile lepsza i bardziej skuteczna jest w działaniu od swojej potencjalnej konkurentki. Skoro w naszą naturę niejako wpisana jest konkurencja, jak przemóc się i budować intersekcjonalne więzi i pomosty, które mają łączyć?

Mimo, że dotąd posiłkowałam się zdaniem A. Lorde, teraz muszę wtrącić kilka słów polemiki. Stwierdziła ona, że „Wspólnota nie musi oznaczać pozbycia się naszych różnic Ani tym bardziej żałosnego zapewniania że one nie istnieją”. W całej rozciągłości zgadzam się z autorką, tylko w kontekście budowania „wspólnoty kobiet” to zdanie nie znajduje według mnie zastosowania. Uważam ideę ponadnarodowego, ponad podziałami, globalnego siostrzaństwa, za wyjątkowo barwną i szlachetną projekcję ludzkiej wyobraźni, jednak nie sądzę, aby była ona realna.

 

Nie wiem też, czy w ogóle jest ona potrzebna.

 

Może zamiast próbować rozumieć odległe kultury, po prostu pozostać do nich w stosunku szacunku, a próbować zmieniać własne podwórko, klasę, grupę, miasto, powiat, województwo i kraj i solidaryzować się tutaj? Tutaj też jest dużo do zrobienia, a mikroskala zmian jest bardziej realna, aniżeli wojowanie na początku ewolucji feministycznej z myślą o podboju całego świata.

Od zawsze bliżej było mi do teorii ogólnego braterstwa i siostrzaństwa. Generalnie jak patrzę sobie na Jemen, USA czy Wenezuelę, to widzę, że jest ona o kant dupy potłuc, ale jeśli już operujemy na tak wysokim poziomie intersekcjonalności, że przestajemy patrzeć na odmienne rasy, narodowości, klasy, orientacje, etc., to dlaczego by nie otoczyć całej ludzkości piękną ideą wspólnego dbania i dobra dla siebie nawzajem, bez rozgraniczania na płeć, ani cokolwiek innego. Nie mogę zgodzić się na sytuację, w której proklamujemy siostrzaństwo ponad podziałami, ale jednak wykluczamy z niej jedną grupę – mężczyzn. Część sióstr-feministek stwierdzi pewnie, że upadłam na głowę, ale dla mnie obwinianie systemowo wszystkich mężczyzn o szerzenie patriarchatu jest bezzasadne i może być zgubne.

 

Miałam sporo szczęścia

Wiele razy mężczyźni wspierali mnie i wiele innych kobiet w walce o swoje prawa. Mój ojciec zawsze bojowo nastrajał mnie na rozmowy o należyte wynagrodzenie za pracę – żebym nie bała się żądać tego, co mi się należy. Gdy napisałam w mediach społecznościowych post o tym, jak skrzywdzili mnie mężczyźni (i choć nic drastycznego fizycznie się nie stało, psychiczną bliznę nadal mocno odczuwam), wielu mężczyzn pisało do mnie wiadomości, że cholernie im wstyd za to, że mimo codziennych starań o równanie naszych pozycji, kilku przedstawicieli płci męskiej, wszystko niweczy prymitywnym zachowaniem i że głęboko mi współczują takich doświadczeń.

Rzecznik Praw Obywatelskich, Adam Bodnar niedawno wygłosił poruszające przemówienie, w którym pewnie stwierdził, że jest feministą. Myślę, że z wartościami i światopoglądem jaki reprezentuje, dużo bardziej jest moją sister-in-crime, niż wiele kobiet. Pamiętajmy, że kobiety również tworzyły i do tej pory tworzą patriarchat. Czy warto zatem wykluczać mężczyzn z debaty o kobietach i ich prawach? Czy wielu z nich, którzy pomagają nam w walce o równouprawnienie są winni tysięcy lat patriarchatu? W mojej opinii, nie. Odpowiedzialność zbiorowa jest zawsze krzywdząca, czego przykładem jest obwinianie współczesnych Niemców o zbrodnie holocaustu, z którą nie mają i nie mogą mieć nic wspólnego.

 

Nie wiem czy to jest ok.

Być może to wychowanie w społeczeństwie chrześcijańskim, być może pokłosie kształtowania w duchu pacyfistycznym i liberalnym, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że kobieca solidarność nosi znamiona wykluczające. A ja staram się nie wykluczać. Choć jestem tylko marnym człowiekiem, który czasem, a czasem nawet często, popełnia błędy. Wykluczenie zawsze eliminuje cząstkę, która może zmienić znacznie więcej niż wielość. Skoro już chcemy trzymać się za ręce, tańczyć radośnie na łąkach i budować więzi ponad wszelkimi podziałami, pozbądźmy się faktycznie wszystkich uprzedzeń.

Feminizm jest żywą materią, która ulega ciągłemu kształtowaniu. Feminizm to ludzie, a ludzie mają zdolność do wielorakiego postrzegania i odczuwania, często sprzecznego z postrzeganiem i odczuwaniem innych ludzi. Feminizm nie może być tylko, jak dotychczas, teoretyczną chmurką unoszącą się nad budynkiem Polskiej Akademii Nauk. Feminizm to młoda sprawa, która wiele tematów musi sobie jeszcze poukładać. Musi dopracować wiele pojęć tak, aby przestały być dziurawe i podważalne. To możliwe, ale wiele jeszcze wody musi upłynąć w rzece Wiśle, aby feminizm dopieścić i dogłębnie przemyśleć.