Aborcja jest jak dylemat wagonika.

O ile w kwestiach światopoglądowych, np.: akceptacji dla par jednopłciowych nastąpiła drastyczna zmiana społeczna w kwestii postrzegania, in plus, o tyle na temat usuwania ciąży wciąż pojawiają się jedne i te same argumenty na korzyść lub niekorzyść jej dopuszczalności.

 

Język jest na nie

Ciekawą kwestię poruszyła Doktorka-nieuczka. Otóż zwróciła ona uwagę na język, który od razu stawia kobietę dokonującą usunięcia płodu w roli kata i oprawcy. Każdy z nas słyszał o „matce noszącej dziecko pod sercem”, będącej „w stanie błogosławionym”. Mówi się o „darze życia” i „cudzie narodzin”, a w aktualnych debatach przemyka tzw. „życie poczęte” czy „dziecko poczęte”. O płody walczą „obrońcy życia”, co analogicznie wskazuje, że w kontrze do życia stoi śmierć, a zatem nie-zwolennik życia pragnie śmierci, co jest absurdem i daleko idącym nadużyciem.

Dziecko znajduje się i rośnie „w brzuszku”. Brzuszek ciążowy. Brzmi uroczo. Osobiście nie doświadczyłam możliwości bycia matką, ale wyobrażam sobie, że w niektórych okolicznościach, wiadomość o ciąży i smyranie pulchnych stópek małego potworka Michellin może być całkiem miłym doświadczeniem i wiele osób może o nim marzyć.

Natomiast w języku debaty publicznej i literackiej, usuwanie płodu to „morderstwo”, „zabójstwo”, a co gorsza „zabójstwo bezbronnego”, czyli coś szalenie niehonorowego, co godzi w ideały żywego po dziś dzień etosu rycerskiego.

Co więcej, na ustach przeciwników aborcji coraz częściej niesie się zbitka „aborcja eugeniczna”, co w sumie nie oznacza nic konkretnego, bo sam zabieg aborcji w istocie rzeczy jest pewną formą eugeniki [eugenika zakłada doskonalenie gatunku ludzkiego poprzez eliminację osobników, które w jakiś sposób odstają od pożądanego wzorca, np..: upośledzeniem psychofizycznym, tudzież konkretnymi skłonnościami, np.: do popadania w nałogi] . A eugenikę ugruntował jako praktykę zbrodniczą, nazizm, który dążył do wyhodowania „człowieka idealnego” – pięknego, zdrowego Aryjczyka i całej populacji jemu podobnych. Sam zamysł i koncepcja powstały jednak dużo wcześniej, bo w 1883 roku, na łamach książki Karola Darwina.

Wracając do języka, zauważam, że o ile na dziecko i ciążę istnieje gros mydlano-bąbelkowych synonimów, o tyle kobieta staje się po prostu matką. No i mam trochę z tym problem, mimo że logicznym następstwem zajścia w ciążę i porodu jest macierzyństwo, to mam wrażenie, że wówczas kobiecie odbiera się kobiecość. Może robić milion innych rzeczy, a pierwsza rzecz jaką zauważa społeczeństwo jest to, że to matka. Język tak mocno usankcjonował ten mechanizm, że od momentu zapłodnienia kobiecość przestaje się definiować jakimś zestawem cech, a określa się ją niemal wyłącznie przez pryzmat bycia matką. Pewnie są osoby, które macierzyński element stawiają na pierwszym miejscu i tak pragną być postrzegane, jednak na wielotonowej skali odcieni kobiecości, to zaledwie cząstka.

 

Aborcja w piśmie

Tu ciężko o wypośrodkowane stanowisko, bo nawet u liberałolubów ciężko o jedną, spójną linię narracyjną. Świadomie pomijam stanowisko ruchu pro-life, bo ono jest spójne i stosunkowo jednorodne. Wpadła mi w ręce taka książka „9 rozmów o aborcji” autorstwa Krystyny Romanowskiej i Katarzyny Skrzydłowskiej-Kalukin.

Zaczyna się ona taką przedmową: „Siadając na przeciwko naszych rozmówczyń, byłyśmy ciekawe, co to znaczy nie chcieć ciąży. Ciąża jest to coś, co instynktownie chce się chronić. Jak można jej nie chcieć? Pytałyśmy o to, a każda odpowiedź była inna. I każda nas przekonała”. Brzmi to nieźle, bo autorki siadają do rozmowy z wątpliwościami, ale podczas dyskusji mają na tyle otwarte głowy i wykazują się taką empatią, że starają się jak najlepiej wejść w skórę każdej z dziewięciu rozmówczyń. I to jest super, gratulacja! Tylko że już na samym początku książki dostałam w pysk cytatem: „Aborcja jest sprawą kobiet, ich zmartwieniem, strachem i smutkiem”.

Przerwanie ciąży jest obarczone tak niewyobrażalnym tabu społecznym, że nawet kobiety, które walczą o jej dostępność, boją się o niej mówić i nadal postrzegają ją jako karę, konsekwencję nieodpowiedzialności i rzecz przerażającą równie mocno, co sam diabeł. Niby jesteśmy postępowe, ale czujemy to samo co międzywojenna publicystka Elżbieta Zaleska – Dorożyńska: „Kobieta przerywając ciążę, zadaje sobie gwałt moralny i fizyczny”.

Na drugim biegunie jest kampania Wysokich Obcasów z 2018 roku, która chciała zdjąć odium upokorzenia i cierpienia z zabiegu aborcji i z różowej okładki opatrzonej uśmiechniętymi buziami kobiet, informowała, że „Aborcja jest OK!”. No nie jest. Doceniam próbę odczarowania, jednak uważam ją za nad wyraz odpychającą. Bez solidnej dyskusji – ale takiej rzetelnej i opartej na wiedzy specjalistów – nie możemy wrzucać do przyskrzynionego gigantycznym murem strachu i niezrozumienia społeczeństwa, atomowej bomby oświeconych feministek ze stolicy. To był najgorszy z możliwych ruchów, imho.

Nadal brakuje mi w dyskursie głosów. Nadal ten dyskurs jest zbyt cherlawy. Za mało się mówi, zbyt mocno demonizuje. W moim idealnym świecie, chciałabym aby była to sprawa po prostu neutralna, przemyślana, kierowana racjonalnością i wiedzą, a nie strachem przed bólem i społecznym ostracyzmem.

 

Dylemat wagonika i zwrotnicy

W debacie o aborcji niemal nigdy nie mówi się o matce, a wyłącznie o zarodku. O bezbronnym życiu, na którego zamachu dokonuje inna istota, silniejsza. W istocie jest to problem tak samo nierozwiązywalny jak dylemat zwrotnicy. Wagonik kolejki jedzie rozpędzony po torach, a za pomocą zwrotnicy możesz skierować go albo na tor, do którego przywiązane jest 5 osób, albo na inny, gdzie leży tylko 1 osoba. Z pozoru wydaje się, że co tam jeden człowiek, gdy można uratować pięciu. No ale kim ty jesteś by o tym decydować? A gdyby na torach leżało pięciu dyktatorów, a w pojedynkę Dalajlama? A gdyby wagonik dało się powstrzymać za pomocą czegoś ciężkiego, ale pod ręką miałbyś tylko gigantycznie otyłą osobę, czy mógłbyś zrzucić ją by powstrzymać wagonik i uratować całą szóstkę? A może najlepiej nie zrobić nic? Ale wtedy przyzwalasz na zło i wynik tego działania jest i tak ujemny, jednak staje się kompletnie nieprzewidywalny. Tu nie ma dobrego rozwiązania.

Podobny kazus miałam kiedyś na studiach, gdy omawialiśmy zasadność karalności pracownika, który w kryzysowej sytuacji na hali produkcyjnej poświęcił życie jednej osoby zamiast sześciu. Czy można było go ukarać? Czy miał inne wyjście? Jeden rabin powie tak, drugi powie nie. Tu nie ma dobrego rozwiązania. Sąd stwierdził, że owszem takie działanie było bezprawne, jednak nie może wymierzyć kary i uniewinni sprawcę, bo działał on w stanie wyższej konieczności, a każde rozwiązanie byłoby tragiczne. Nie można wartościować czy jedno życie czy wiele jest bardziej wartościowe. Czy moje, czy twoje znaczy więcej. Zwolennicy aborcji powiedzą – HA! NO WŁAŚNIE! NIE MOŻNA UZNAĆ ŻE ŻYCIE MATKI JEST WAŻNIEJSZE! No nie można, tak samo jak nie można uznać, że życie dziecka jest ważniejsze od życia matki.

Jeśli kobieta uzna, że stawia życie swojego dziecka ponad swoje, to ja to totalnie poprę. Zapytam czy jest tego pewna, a jeśli przytaknie, to będzie to dla mnie trudne, ale muszę tę decyzję uszanować. Jeśli kobieta uzna, że bardziej ceni swoje życie, zapytam czy jest tego pewna, a jeśli przytaknie, to będzie to z mojej perspektywy tak samo trudne, ale muszę tę decyzję uszanować. Nie mam kompetencji żadnego z bogów czy sędziów, by o tym decydować.

 

Argumenty od wieków te same

Ciekawe jest, że o ile podejście społeczeństwa na przestrzeni lat się zmienia, jak właśnie w przypadku akceptowalności zachowań homoseksualnych, to w kwestii aborcji argumenty po obydwu stronach są dokładnie takie same jak 100 lat temu. W magazynie kobiecym „Kobieta współczesna” z roku 1935 ukazały się wyniki ankiety, jaką redakcja przeprowadziła listownie, prosząc różne stowarzyszenia kobiece o opinię. Argumenty przeciwko przerywaniu ciąży wymieniły takie stowarzyszenia jak: Katolicki Związek Polek, Narodowa Organizacja Kobiet, Polskie Stowarzyszenie Młodych Kobiet czy Koła Polek. Wszystkie te argumenty sprowadzają się do Boga odmienionego przez wszystkie przypadki:

  • Aborcja to grzech, zabójstwo, pierwszy krok do dzieciobójstwa – „Każda uświadomiona i prawdziwie wierząca katoliczka, nie może się inaczej zapatrywać na przerwanie ciąży, jak na zabójstwo popełniane na bezbronnej istocie”
  • Spowoduje obniżenie poziomu moralnego i konflikty społeczne – „Kształtowanie ustawodawstwa polskiego w sposób zupełnie sprzeczny z zasadami Kościoła, do którego należy ogromna większość obywateli, może wywołać konflikty”.
  • Przyjemność powinna zawsze kończyć się konsekwencją. Brak konsekwencji prowadzi do nierządu, a nierząd jest grzechem. „[Aborcja]podaje sposób szukania w akcie rozrodczym przyjemności osobistej bez dźwigania ciężarów, jakie sam Bóg z nimi połączył”.
  • Aborcja niszczy rodzinę, a przecież rodzina jest święta.
  • Aborcja spowoduje depopulację – „spowoduje zatrważający ubytek przyrostu ludności, zagrażający już Państwom zachodnim wyludnieniem i zagładą”.
  • Aborcja jest zagrożeniem dla zdrowia kobiet – tutaj nie padł żaden argument poza tym, że „organizm kobiety nie może bezkarnie znosić takich zabiegów”. Niestety nie podano żadnej podstawy takiej tezy.
  • Nie wolno przez zły środek dążyć do dobrego celu – „żadna przyczyna spędzenia płodu nie usprawiedliwia, ani nawet zachowanie życia matki”.
  • Legalizacja aborcji mogłaby być zachętą do jej dokonywania. Tutaj również bez żadnego argumentu na poparcie tezy.

Wielokrotnie pojawiał się także argument, że dozwolenie przerywania ciąży spowodowałoby, że w Polsce byłoby tak źle i obrzydliwie jak w Rosji, a dokładniej w Bolszewji (pisownia oryginalna). A przecież wszyscy wiemy, że nie ma na świecie nic gorszego niż Rosja. Najbardziej uraczył mnie jednak komentarz, w którym jedna z ankietowanych mówi o tym, że poczęte dziecko może być tym długo oczekiwanym, najbardziej umiłowanym członkiem społeczeństwa. Może też być kolejnym Hitlerem. W sumie dlaczego miałoby nim nie być? Szanse są fifty-fifty.

Za legalizacją przerwania ciąży opowiedziało się Stowarzyszenie Kobiet z Wyższym Wykształceniem, Towarzystwo Klubów Kobiet pracujących, Stowarzyszenie Rodzina Wojskowa, Stowarzenie Rodzina Policyjna, oraz szereg aktywnych działaczek, literatek i lekarek, a nawet Tadeusz Boy-Żeleński. Identyczne argumenty możemy dziś usłyszeć w debacie ruchu pro-choice:

  • Karalność przerywania ciąży jest „niemoralna, gdyż godzi w najnieszczęśczliwsze i najbardziej upośledzone finansowo kobiety”
  • Jest szkodliwa, gdyż„skierowuje całe szeregi kobiet w ręce niepowołanych osób, powodując temsamem niejednokrotnie ciężkie kalectwo, a nawet śmierć”.
  • Zakaz aborcji „nie tylko nie powstrzymuje kobiet od zabiegu przerwania ciąży, ale naraża je na śmierć, często samobójstwo lub dzieciobójstwo”
  • Zakazy nie stanowią hamulca dla praktyk osób życiowo sprytniejszych”
  • Skazywanie kobiety za przerwanie ciąży jest „rażąco niesprawiedliwe w stosunku do kobiet, podczas gdy mężczyzna wolny jest od odpowiedzialności”.
  • Poziomu moralnego nie zaniża przerywanie ciąży, tylko obłuda i niewrażliwość na bolączki społeczne.
  • Płodzenie kolejnych ludzi jest lekkomyślne, gdy kraj jest na tyle niewydolny gospodarczo, a „rząd nie może znaleźć ujścia dla tego ogromnego przyrostu, którego kraj zatrudnić nie może”. [Jak wynika z tekstu, w tych czasach przyrost naturalny wynosił ½ miliona rocznie]

Przeanalizujmy:

Ówcześni „obrońcy zarodków” niebywale wręcz często odwołują się do nauczania kościoła i argumentów natury moralnej, które jednak swój początek wywodzą z filozofii religijnej. Ciężko nie zgodzić się z opinią, że aborcja jest przerwaniem rozwoju zarodka, z którego mógłby powstać człowiek. Jednak oprócz motywacji religijnej ciężko jest doszukać się, zarówno wśród argumentów z międzywojnia jak i dzisiejszych, innych niż tych umotywowanych religijnie. Skupiają się one na szeroko rozumianym dobrze ogółu, ciągłości społeczeństwa, nie zważając na dobro jednostki, a jeśli już, to jednostką wyłącznie jest dziecko, zaś życie matki odgórnie zostaje uznane za mniej istotne. Wnioskuję, że jest to zasadniczy problem w dyskusji o aborcji, gdyż gros przeciwników nie operuje w ogóle innymi argumentami.

Zwolennicy aborcji zazwyczaj swoje stanowisko usprawiedliwiają troską o życie kobiet oraz różnicami społecznymi. Mają świadomość, że niezależnie od ustalonego prawodawstwa, zjawisko aborcji było, jest i będzie występowało. Sam zakaz nie spowoduje, że aborcje nagle znikną.

 

Aborcja nie jest bezpieczna. Tak samo jak poród.

Czasami pada jeszcze zdanie, że aborcja nie jest bezpieczna i szkodzi organizmowi matki. W istocie jest niebezpieczna. Zwłaszcza, kiedy przeprowadza się ją w dzikich warunkach, bez użycia profesjonalnego sprzętu, należytych środków farmakologicznych i obecności specjalisty. Rokrocznie w krajach rozwijających się, dochodzi do ponad 20 milionów zabiegów aborcji tzw. „niebezpiecznych”, gdzie kobiety poddające się temu zabiegowi nie mają żadnego zaplecza medycznego, tylko dokonują jej na własną rękę za pomocą medykamentów zakupionych nielegalnie, zrzucając się ze schodów czy bijąc po brzuchu. W skutek takich działań każdego roku umiera 70 tysięcy ciężarnych, a ponad 5 milionów zmaga się z konsekwencjami zdrowotnymi. Pomyślicie, że to całkiem sporo.

Co ciekawe, w krajach rozwiniętych, gdzie medycyna operuje najwyższej jakości środkami ochrony, w wyniku naturalnego porodu umiera 1 na 10 000 kobiet. Na całym świecie każdego roku przeprowadza się 40 milionów aborcji w ogóle. W krajach, gdzie wiedza na temat antykoncepcji jest powszechna, zabiegów aborcji jest niemal czterokrotnie mniej.

 

Przymus macierzyństwa nie może wyjść na dobre ani dziecku, ani matce, ani rodzinie, ani społeczeństwu, ani moralności.   

Słowa Heleny Romer-Ochenkowskiej mimo że napisane prawie sto lat wcześniej, nadal są zatrważająco aktualne. To że zabiegi aborcji nie będą wpisywane w oficjalne karty leczenia i raporty, nie sprawi, że problem zniknie. Zakaz spowoduje, że ludzie będą szukali pomocy w innych krajach, albo na czarnym rynku medycznych substancji chemicznych. O ile względnie dobrze usytuowane kobiety będą mogły pojechać do Czech czy Niemiec, aby dokonać zabiegu w normalnych warunkach, aborcja osób najgorzej usytuowanych zawsze będzie wiązała się z użyciem niebezpiecznych środków.

Ja myślę o tym, jak o zjawisku prostytucji: przecież nie jest ona legalna, w raportach państwowych nie uświadczymy wpływu podatków z tej dziedziny życia, a mimo wszystko ona jest, była i będzie, mimo że nie wszyscy odczuwamy w sobie na nią przyzwolenie. Brak oficjalnych statystyk nie sprawia, że problem znika, ale funkcjonuje w wynaturzonej formie, bez żadnej kontroli. Ochrona życia wydaje mi się tutaj zwykłą hipokryzją, bo rozwiązania zakazujące nie powodują rozwiązania problemu, a jedynie udają dla spokoju sumienia, że coś w tym kierunku zostało zrobione.

Dodam jeszcze, że życie chroni się nie tylko w momencie zawiązania się plemnika z komórką jajową. Życie potem też trwa. Życie kobiety, życie dziecka, toczą się dalej. Ja wiem, to szokujące. Niestety państwo chce zakazać aborcji, nie dając w zamian żadnej pomocy, gardząc osobami niepełnosprawnymi, które potraktowane przez rządzących niczym śmieci, okupowały sejmowe korytarze w walce o jakąkolwiek poprawę fatalnych warunków bytowych, z których funduszu finansuje się swoje obietnice wyborcze. To nie jest kraj dla chorych ludzi.