Polska Frida Kahlo – Zofia Stryjeńska

Lodowate, styczniowe powietrze utrudniało oddychanie. A częstotliwość gazowej wymiany była coraz większa, bo wzrastała wraz z każdym kolejnym krokiem Armii Czerwonej w stronę Krakowa. Walki Niemców z Rosjanami trwały od wczoraj i nieubłaganie zbliżały się do Starego Miasta. Do mieszkańców centrum docierały pantoflową pocztą coraz to bardziej przerażające opowieści o „wyzwoleniu”. Oprócz przeszywającego zimna, czuć było strach przed nadciągającą zmianą systemu na komunistyczny. Ta wizja tak mocno przerażała wykończonych koszmarem wojny Polaków, że decydowali się oni na ucieczkę zagraniczną, byleby tylko znaleźć się jak najdalej od sowieckiej łapy.

Po skrzypiącym śniegu, w skórzanych czółenkach, dreptała pospiesznie drobna brunetka. Opatulona w kilka warstw odzieży, pięćdziesięcioletnia Zofia, z walizką w ręce, konsekwentnie zmierzała w stronę dworca. Było już ciemno, a za trzy kwadranse odjechać miał ostatni pociąg do Genewy. Dysząc dopadła drzwi pociągu i przecisnęła się przez tłum podróżujących. Spocząwszy na siedzeniu przy oknie, odetchnęła z ulgą. Uciekała od wojny, nieudanych miłości, łatki wariatki, niespłaconych długów i kiepskiej koniunktury, która nie dawała nadziei na choćby minimalną poprawę. Nie zabrała ze sobą zbyt wiele, bo niewiele miała. W Genewie wszystko miało się odmienić.

Zofia Stryjeńska, źródło: archiwalne materiały prasowe
Zofia Stryjeńska, źródło: archiwalne materiały prasowe

Zofia Stryjeńska, z domu Lubańska, po latach została nazwana polską Fridą Kahlo. A że twórczość Fridy kocham nad życie, a w dodatku Zofia ma urodziny dokładnie wtedy, kiedy ja, jej postać mocno mnie zaintrygowała. Wklepałam sobie w Google jej nazwisko i oczy wyszły mi z orbit ze zdumienia. Nie miałam pojęcia o istnieniu tej artystki, nigdy o niej nie słyszałam na żadnej lekcji sztuki, plastyki czy historii. Gdy otworzyłam galerię, od razu zapragnęłam powiesić sobie jej obraz na ścianie salonu, choć nie mam swojego salonu. Idealnie wpasował się w moją estetykę: kontrastową, energiczną i szalenie kolorową. Zresztą zobaczcie sami:

Z. Stryjeńska - Puszczanie wianków na Wiśle
Z. Stryjeńska – Puszczanie wianków na Wiśle

 

1. Wieczór 2. Miłość w górach
1. Wieczór 2. Miłość w górach

Historia Zofii pełna jest niezwykłych zwrotów akcji, ale i przepełniona goryczą. To jakbyś połączył paczkę Skittelsów z żelkami z cykorii. Fuj. W 1911 roku, jako dwudziestolatka, ścięła swoje puchate włosy na krótko i przywdziewała męską odzież, próbując nadać sobie jakikolwiek męski pierwiastek, by dostać się na studia na najbardziej kultowej uczelni artystycznej w Europie. Tożsamość skradła swojemu bratu i odtąd występowała jako Tadeusz Grzymała Lubański. Monachijska akademia była szkołą wyłączne dla mężczyzn. Mimo to, Zofia była tak pewna swego talentu i tak mocno pragnęła zostać malarką, że nie zważała na przeszkody.

Tadeusz Grzymała, czyli Zosia przebrana za chłopca w akademii plastycznej w Monachium (wyróżniona niebieskim krzyżykiem), z: culture.pl
Tadeusz Grzymała, czyli Zosia przebrana za chłopca w akademii plastycznej w Monachium (wyróżniona niebieskim krzyżykiem), z: culture.pl

Niestety, z natury była drobna i niska, a poza tym dziewczynie w kwiecie wieku i po ledwo zakończonym procesie dojrzewania, bardzo ciężko jest ukryć krągłe partie sylwetki. Studenci ze wspólnego roku nie byli w ciemię bici i dość szybko zorientowali się, że na zajęciach przebywa z nimi kobieta. Z hukiem opuściła uczelnię i dzięki pomocy swojej matki, wróciła do Polski.

Kolejne lata spędziła w podróży i skupiła się na szukaniu własnego kierunku, w którym chciałaby stawiać kolejne kroki jako artystka. Mimo, że Monachium odkryło przed nią cały wachlarz awangardowego, europejskiego malarstwa, Zofia pozostała wierna swojemu pierwotnemu stylowi i wyobrażeniom. I dobrze, bo już niedługo później, miało jej się to zwrócić z nawiązką.

Zosia nie miała szczęścia w miłości. Podobno nieszczęśliwa miłość jest często paliwem napędzającym tłoki w artystycznym organizmie, niemniej dla Stryjeńskiej okazała się ona mocno destrukcyjna. Pierwszy swój romans przeżyła podczas studiów w Niemczech, czego zwieńczeniem była akwarela pt.: „Romans nieznanego artysty”. Miała ona wyrazić wszystkie doznania i przeżycia autorki, które miała okazje kolekcjonować podczas okresu spędzonego w Monachium. Tutaj też kariera Zosi zaczyna nabierać rozpędu. Jednak na tym historia tego obrazu się nie kończy.

W 1916, po miesiącach romansu z uznanym w polskiej bohemie i artystycznym półświatku, architektem Karolem Stryjeńskim, wyszła za niego za mąż. Pasowali do siebie jak pies do jeża i chyba właśnie dlatego ten związek zakończył się tak potężną dramą. Ona introwertyczna, on ekstrawertyk z rękawem pełnym zabawnych anegdot rzucanych dookoła; ona drobna i z ciemną karnacją, on postawny, z jasną aparycją; ona zazdrosna, on kochliwy. O ile początek tego związku wydawał się być dla obojga spełnieniem marzeń, dość szybko przerodził się w prawdziwą wojnę. Karol wielokrotnie zdradzał żonę, a jej nerwy i rozgoryczenie tłumaczył chorobą psychiczną. Trzykrotnie próbował umieścić ją w szpitalu psychiatrycznym. Mimo że Zofia wychodziła z tej opresji obronną ręką i opuszczała mury placówki, straciła możliwość do wychowywania trójki swoich dzieci.

Jednak Karolowi nie sposób odmówić wpływu, jaki wywarł na twórczość Stryjeńskiej. Obracał się w towarzystwie snobistycznej śmietanki warszawskiego świata artystów i zawierając związek małżeński z Zosią, mimowolnie ją do niego wprowadził. Zosia była więc „na siema” z Bolesławem Leśmianem (<3), Władysławem Reymontem, Marią Pawlikowską-Jasnorzewską i Witkacym. W 1925 roku Zosia wraz z mężem, stworzyła cieszącą się olbrzymim uznaniem wystawę, a właściwie aranżację pomieszczenia podczas paryskiej Wystawy Światowej.

Karol motywował żonę do tworzenia, co można by uznać za całkiem krzepiące, gdyby nie fakt, że w pewnym momencie tak mocno zaślepił go talent jego Zosi, że przestał w niej widzieć partnerkę, przyjaciółkę, powierniczkę, kochankę i matkę jego dzieci. Była dla niego wyłącznie malarką. Podczas jednej z kolejnych awantur, Zosia miała dość traktowania jej przedmiotowo, przez co postanowiła podrzeć część swoich prac na oczach Karola. Jedną z nich był właśnie „Romans nieznanego artysty”, o którym mówiłam wcześniej. Agresywna reakcja Karola tylko utwierdziła ją w przekonaniu, że nie łączy jej z nim nic, prócz interesów. Gdy po raz kolejny próbował ją podstępem zaciągnąć za kraty szpitala dla nerwowo chorych, zdecydowała o zakończeniu ich związku. Rozwiedli się w 1927 roku, a Karol zabrał jej dzieci. Stryjeńska nigdy nie utożsamiała się z rolą matki, niemniej Karola, który dotąd zbywał dzieciarnię i oddawał ją pod opiekę komukolwiek innemu, również ciężko określić mianem „Ojca roku”.

Dwa lata później weszła w kolejny związek małżeński, który również okazał się porażką. Zosia bardzo szybko zrezygnowała z kontynuowania relacji bez przyszłości, jednak Artur Socha mocno naznaczył swoją małżonkę na kolejne lata życia: nie dość, że popadła przez niego w długi i ledwo wiązała koniec z końcem, bo Artur nie garnął się zanadto do pracy, to jeszcze zaraził ją kiłą. Kolejne relacje z mężczyznami były krótkie i płowe. Achilles Breza przewinął się przez jej życie w ułamku chwili, po czym intensywnie pracował na tytuł jednego z najsłynniejszych homoseksualistów międzywojnia. Ostatni kontakt z płcią męską nawiązała na pod koniec lat 30. XX w. Arkady Fiedler był ciachem totalnym, który właśnie powrócił do kraju z odległych podróży egzotycznych po Amazonii i Madagaskarze. Jednak i ta relacja nie trwała długo.

Zofia zrozumiała, że relacje miłosne i ciągłe zawody nie sprzyjają jej sztuce, a samotność sprawiała jej dużo radości i spokoju. Rzuciła się w wir pracy i choć ciężko jej się było utrzymać ze sztuki, zwłaszcza w kraju trawionym kryzysem ekonomicznym, a potem wojną, Zofia konsekwentnie wiązała koniec z końcem. Realizowała kolejne zamówienia na zlecenie Ministerstwa Spraw Zagranicznych, otrzymała kilka odznaczeń państwowych za swoją działalność artystyczną, a nawet wykonała kilim dla japońskiego cesarza Hirohito.

Udało jej się naprawić kontakt z dziećmi, po czym wspólnie opuścili Polskę, gdy radzieccy żołnierze zbliżali się do Krakowa.

– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – 

To pierwsza odsłona tekstu z cyklu: FAJNE BABY! na moim blogu. Więcej opowieści znajdziesz tutaj: FAJNE BABY!

Materiały wykorzystane przeze mnie do stworzenia tekstu o Zosi: