To nie jest wina koloru.

Pamiętam jak byłam średniej wielkości, śmieszną Ritką i lubiłam spędzać sobotnie wieczory na oglądaniu z mamą romansideł amerykańskich. JLo i Jane Fonda olśniły mnie w „Sposobie na teściową”; ciocia kiedyś porwała mnie na tajny, nocny seans „Bridget Jones w pogoni za rozumiem” co było ekscytujące, a sądzę, że karalność tego czynu uległa przedawnieniu i rodzice nie wyciągną już z tego konsekwencji. Miałam wtedy może z 9-10 lat. Każde święta spędzałam z Cameron Diaz i Judem Law przy „Holiday”, przepadałam za rozkoszną Kate Hudson i tym blond ciachem z przydługim nazwiskiem, którego nigdy nie umiałam wymówić. Moją najukochańszą aktorką z tego arcywybitnego gatunku filmowego była Sandra Bullock. Sandra FAKIN Bullock. Uwielbiałam ją w każdym filmie, ale w jednym wyjątkowo: Miss Agent i Miss Agent II.

Kadr z filmu: "Miss Agent 2"
Kadr z filmu: „Miss Agent 2”

Każde z tych arcydzieł kina wysokowęglowodanowego [nie wiem czy ktoś potrafi obejrzeć te rozkoszne historie bez wkładania sobie do gęby czegokolwiek, co nie ma co najmniej powyżej 500 kalorii w 100 gramach], miało jedną wspólną cechę: było różnorodne pod względem zaangażowanych do filmu aktorów. Zawsze na ekranie pojawiała się jakaś osoba, która nie była stricte biała: byli Azjaci, Latynosi oraz Afroamerykanie. Było to dla mnie tak naturalne, że Stany Zjednoczone właśnie tak wyglądają i zazdrościłam tego, że świat może funkcjonować w taki sposób.

Dziś wstyd mi przyznać, że dochodziło nawet do tego, że jako młoda Ritka trochę bałam się, że gdy przyjdzie mi rozmawiać z osobą o innych cechach, niż te, w których uniwersum żyję na codzień, narażę się na śmieszność lub urażę tę osobę, bo nie będę wiedziała, jak się zachować. Babcia opowiadała mi, jak świętej pamięci dziadek Teodor przemierzał ocean, aby w Stanach dorobić się majątku życia i na promie jego znajoma zobaczyła czarnego mężczyznę z fili-fili na głowie. Nie mogła się nadziwić, że te włosy jakieś takie inne, a wychowana w powojennej, biednej, koneckiej wiosce, nigdy wcześniej nie widziała takiego „zjawiska”. Jej ukradkowe spojrzenia były tak dyskretne, że mężczyzna podszedł do niej i pozwolił jej się pomacać po tych włosach, aby zaspokoić ciekawość podróżniczki. To miłe, że mężczyzna nie zareagował agresywnie, tylko pozwolił dośwadczyć nowego, bądź co bądź, zahukanej Polce.

Dorastałam w pięciotysięcznym miasteczku nieopodal Gór Świętokrzyskich – spotkanie tutaj kogoś, kto nie byłby biały, nie miałby korzeni katolickich, wyznawałby inną religię czy miał inną orientację graniczyło z cudem. Potem sporo jeździłam po świecie: moi rodzice dbali, abym widziała różnorodność, a szkołą organizowała nam fajne wymiany, dzięki czemu nie tylko mogłam się oswoić z obecnością „tych innych” wokół mnie, ale przede wszystkim poznać ich, współpracować w grupach i bawić się na wspólnych imprezach. To było bezcenne i absolutnie fantastyczne i bardzo się cieszę, że dano mi taką możliwość. 

No i dochodzę do sedna, bo w pale mi się nie mieści, że mamy 2020 rok, a ludzie nadal w, wydawałoby się „cywilizowanych” krajach, są dyskryminowani ze względu na cechę, na którą nie mają wpływu. Pomysł rasizmu jest dla mnie tak absurdalny, że przekracza granice mojej percepcji. No bo co ma zrobić ten biedny, czarny człowiek? Może jak w tej rasistowskiej bajeczce o murzynku Bambo, co nie chciał się myć, bo bał się, że się wybieli, powinien się po prostu umyć? Może powinien się wybielić? Uszykować sobie wannę pełną wybielacza i zasadzić do niej nura? No ale jak już będzie miał jasną skórę, to nadal nie będzie uważany za „białego”, tylko jakąś fatalną podróbkę białej osoby, tak jak Michael Jackson, który oprócz bycia królem popu, był znany z tego, że „się wybielił”.

To nie kolor jest tu problemem, bo on nie ma żadnego znaczenia. Problemem jest to, że grupa ludzi postanowiła wprowadzić hierarchię ludzi ze względu na totalnie absurdalny czynnik, na który nota bene, nikt nie ma wpływu: bo to nie jest wyłącznie tak, że ten czarny nie ma wpływu na to, że jest czarny; biały też takiego wpływu nie ma na to, że jest biały. Wypadek sprawił, że „poszczęściło” mu się genetycznej loterii. Przecież to jest absolutnie absurdalne rozróżnienie. Pozostawia niebezpieczeństwo tego, że jutro mogą zacząć obowiązywać inne standardy i to właśnie my możemy stać się ofiarami – tak jak w tym słynnym cytacie niemieckiego, antyhitlerowskiego duchownego:

Najpierw przyszli po komunistów,
ale się nie odezwałem,
bo nie byłem komunistą.

Potem przyszli po socjaldemokratów
i nie odezwałem się,
bo nie byłem socjaldemokratą.

Potem przyszli po związkowców,
i znów nie protestowałem,
bo nie należałem do związków zawodowych.

Potem przyszła kolej na Żydów,
i znowu nie protestowałem,
bo nie byłem Żydem.

Wreszcie przyszli po mnie,
i nie było już nikogo, kto wstawiłby się za mną.

Moglibyśmy z dnia na dzień wprowadzić zasadę, że będziemy pluli na wszystkich rudych, albo kopali ludzi, którzy mają zielone oczy. Najbardziej nie mogę uwierzyć, że tak chore i nieuzasadnione rozróżnienie przetrwało tyle stuleci i nadal ma się świetnie. 

Kibicuję czarnej społeczności, bo nie wyobrażam sobie nawet, z czym muszą się mierzyć. Ja sobie żyję spokojnie w białym uniwersum Europy Środkowej, nie mam źle: mam zdrowotne ubezpieczenie, pracę, wykształcenie, perspektywy i jestem dość bezpieczna, bo nikt nie chce mi wpieprzyć za to, że mam brązowe oczy. Pomijam dziś wyjątkowo fakt, że mężczyźni niemal uderzają mnie w twarz, gdy próbują przywitać się ze swoim kolegą i jednocześnie rozpaczliwie nie chcą witać się ze mną i próbują mnie wyminąć (Mordo podaj mi rękę, ja nie gryzę). Albo to, że ciągle moja praca jest weryfikowana u osoby płci męskiej, bo przecież ta durna dziewucha to nie zna się na podkładach antykorozyjnych do powierzchni stalowych. Albo to, że boję się sama wracać wieczorem, bo zawsze z krzaków może wyskoczyć psychopata, który zechce wyrządzić mi krzywdę na tle seksualnym.

Jednak za bycie kobietą nikt dziś do mnie nie strzela na ulicy, tak jak do Ahmauda Arberego. Policja nie stosuje wobec mnie tak dramatycznej i nieuzasadnionej przemocy, jak wobec George’a Floyda i nie pozbawia mnie w ten sposób życia. Nikt za gwizdanie nie katuje mnie na śmierć, tak jak kiedyś w Missisipi Emmeta Tilla (ten krótki film polecam Waszej uwadze: KLIK). 

Żyjąc w takim matriksie, nie zdajemy sobie sprawy, jak mocno, w skali świata jesteśmy uprzywilejowani. Jak różne są problemy różnych ludzi. Na studiach dotarło do mnie, że np.: feminizm europejski, a czarny feminizm to rzeczy kompletnie różne i w żaden sposób nieporównywalne. Że nasza walka z nierównościami w rzeczywistości europejskiej przebiega kompletnie inaczej, niż walka czarnych kobiet np.: w USA. Że czarne kobiety w drabinie przywileju zajmują ostatnią pozycję: nr 1 to biały mężczyzna, nr 2: biała kobieta, nr 3: czarny mężczyzna a na końcu jest miejsce dla czarnej kobiety. To niebywałe, że w dostępie do przywilejów białe kobiety i tak stoją wyżej od czarnych mężczyzn.

Dlatego trzymam kciuki, aby protesty wywołały zmianę na lepsze: być może obaliły rasistowskie, nienawistne i kapitalistyczne rządy pomarańczowego chłopca, co to chciał łapać kobiety za cipki, który zostawił 40 milionów Amerykanów bez ubezpieczenia zdrowotnego i doprowadził do tego, że 1 człowiek skumulował taki majątek (bestialsko wyzyskując masy ludzi do cna), że mógłby opłacić mieszkanie wszystkim bezdomnym osobom w całych Stanach Zjednoczonych i zostałoby mu do dyspozycji 19 miliardów dolarów. Co to jest za system, który buduje osobne szkoły dla białych i czarnych, dofinansowując oczywiście białe publiczne placówki, a kiedy pozwala się wszystkim dzieciakom uczyć razem, białe dzieci ewakuowane są do prywatnych placówek i ponownie szkoły publiczne, czytaj: szkoły dla czarnych, zostają niedofinansowane. 

O ile jeszcze jestem w stanie rozumieć argument obaw wynikających ze zderzenia obcych sobie, kompletnie różnych kultur, tak jak to było przy okazji masowej ucieczki uchodźców z Syrii do Europy, to rasizm w Stanach jest dla mnie o tyle zdziwieniem, że przecież ci ludzie żyją ze sobą od dziesięcioleci i wykształcili podobne nawyki i kulturę. Jedzą mac&cheese, chodzą na te same filmy do kina, aktorzy wielu kolorów pojawiają się w popkulturze; Oprah Winfrey, Beyonce i Morgan Freeman uważani są za narodowe skarby, a mimo to nadal wytyka się coś tak absurdalnego. Ale to pewnie kwestia tego, że nie mieszkam w tamtej części świata.

Jako klamrę bardzo Was proszę, abyście obejrzeli ten dwudziestominutowy film, znajdujący się poniżej. To stara produkcja, ale nie pamiętam, kiedy ostatnio coś tak mocno dało mi do myślenia. To bardzo brutalny eksperyment na dzieciach. Nauczycielka skłania białe dzieci do tego, aby przez jakiś czas wytykały palcami i dyskrymiwowały dzieci z niebieskimi oczami. Absurdalne? Straszne nie? Co za głupi pomysł wytykać kogoś palcami za coś, na co nie ma wpływu.