Jak polska szkoła uczy dzieci przemocy i nacjonalizmu

społeczeństwoLeave a Comment on Jak polska szkoła uczy dzieci przemocy i nacjonalizmu

Jak polska szkoła uczy dzieci przemocy i nacjonalizmu

Przez blisko dziesięć ostatnich lat mojego życia, z dużym niepokojem obserwuje narastanie popularności nacjonalizmu. Oglądam relacje z przerażających Marszów Niepodległości, słyszę o tych wszystkich „strasznych wrogach” Polski, wyłapuję wątki narodowe w kulturze i sztuce. Potrzeba by wiele tęgich umysłów, aby dokładnie wskazać wszystkie z ogromnej liczby czynników, które przyczyniły się do popularyzacji tej idei. Niemniej jako uczestniczka życia społecznego – choć nie widziałam tego, gdy byłam częścią masy – z perspektywy czasu dostrzegam, jak wiele dla obecnego, nacjonalistycznego obłędu zrobiła szkolna edukacja.

Zaczęło się niewinnie. W ćwiczeniówkach mieliśmy wypełniać luki w treści polskiego hymnu, namalować polski herb z orzełkiem, uczyć się wierszyka „Kto ty jesteś?…”. To w sumie dość makabryczne, kiedy siedmiolatek, który świszczy przez swoje zębowe szpary, z których przed chwilą wypadły mleczaki, że jego kraj został zdobyty „krwią i blizną” i który jak robot deklamuje, że jest jej winien oddać życie.

W naszej szkole na prowincji organizowaliśmy przedstawienia. Część z nich była oczywiście skorelowana z tematyką aktualnych świąt państwowych. Nikt nie widział absolutnie nic złego w tym, że dziewięcio-, dziesięcioletni aktorzy i aktorki, wcielający się w rolę babci i dziadka i ich wnucząt, snują opowieści o tym, jak bomby bombardowały i nogi były urywane przez Niemców. Tak, przez Niemców. Nie faszystów, tylko po prostu Niemców. To tak jakby współczesnych Rosjan nazywać sowietami. Mniej więcej tyle samo mają ze sobą wspólnego.

Taka nieuwaga, a może celowe działanie, wydało swoje pokłosie – kilka lat później, już w liceum, moja szkoła zorganizowała wymianę uczniowską, a do miasteczka przyjechały dzieciaki z różnych krajów Europy. Kilkakrotnie doszło do sytuacji, w której głuchym echem odbiły się mało fortunne żarty o tym, jak ”NIEMCY MORDOWALI NASZE BABCIE I DZIADKÓW”. Nadal jestem pewna, że to nie był żart. Nasi zachodni koledzy czuli konsternację, kiedy zostali postawieni w sytuacji, w której musieli się tłumaczyć z rzeczy, na które kompletnie nie mieli wpływu i które w żaden sposób ich nie dotyczyły.

Pamiętam z podstawówki przedstawienie, w którym spersonifikowane państwa, pod postacią dzieci, przepasane narodowymi flagami zaborców, miały odgrywać scenę bicia biednej, małej, bladej dziewczynki w zakrwawionej sukience, która oczywiście była ucieleśnieniem Polski. Ciężko jest racjonalnie wytłumaczyć kilkulatkowi zawiłość stosunków międzynarodowych, rzeczywistości wojny, kiedy sprowadzamy je jedynie do tego, że trzy duże, silne dzieciaki biją jedną małą, bezbronną dziewczynkę.

W ogóle te przedstawienia miały jakiś taki pierwiastek samobiczowania się – nigdy nie były radosne, a już na pewno – nie były śmieszne. Zawsze były pompatycznie patetyczne, wzniosłe i śmiertelne poważne. Nikt się raczej nie cieszył z tej odzyskanej niepodległości, wszyscy natomiast byli dotknięci rozmiarem bólu i cierpienia jakie spotykało ludzi, którzy przelewali krew za naród. Gloryfikowało się porażkę powstańców warszawskich, a śmierć na polu bitwy uznawana była za coś niezwykle wartościowego i powód do dumy.

Wielokrotnie próbowałam zrozumieć, dlaczego już kilkuletnie dzieciaki raczy się taką ilością krzywdy i tragedii. Dlaczego polska edukacja była zawsze taka przemocowa? Dlaczego lekcje historii dotyczyły wojen, bitew, rycerzy i dat starć wojskowych, a rzadko kiedy kultury, realiów życia w danej epoce, czy choćby jakiegokolwiek wpływu tych wydarzeń na rzeczywistość ludzi wtedy żyjących. Jak rodzice mogli dopuszczać do sytuacji, w której ich dzieci karmi się taką przemocą?

Gdzieś w okolicach gimnazjum, a więc już po 2010 roku zaczęły pojawiać się przedmiotowe, historyczne konkursy o dziejach żołnierzy wyklętych. Wówczas nie cieszyły się one zbyt dużym uznaniem, ale to zmieniało się z roku na rok.

Ważnym momentem był rok 2010, kiedy prezydent Bronisław Komorowski zaakceptował wniesiony jeszcze przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego projekt ustawy o ustanowieniu dnia 1 marca Narodowym Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Projekt spotkał się z uznaniem Rady Ministrów, która opatrzyła go pozytywną opinią, a w 2011 r. Sejm, także głosami posłów PO i PSL, uchwalił ustawę. Przez następne lata w wielu miastach Polski odbywały się uroczystości, spotkania, wystawy upamiętniające czyny często bardzo wątpliwe moralnie, popełniane przez tytułowych bohaterów.

I to był chyba ten przełomowy moment. Subiektywnie – w moim odczuciu, był to moment, kiedy historią, ale tylko tą wybiórczą, zaczęli interesować się moi znajomi, którzy z tym przedmiotem zazwyczaj mieli nie po drodze. Konkursy te zbiegły się w czasie z początkami inicjatywy Marszu Niepodległości, który został zainicjowany przez Młodzież Wszechpolską i ONR. Wtedy jednak ludzie się jeszcze oburzali, że po mieście biegają chłopaki w brunatnych ubraniach i heilują.

To wszystko przypadło na okres raczkującego w Europie kryzysu gospodarczego i masowych migracji wywołanych niedostatkiem ekonomicznym. Ilość eurosierot rosła w zastraszającym tempie. W moim mieście na palcach jednej ręki można zliczyć rodziny, których nie rozdzieliła emigracja. Dodatkowo idei integracji nie sprzyjała skomplikowana sytuacja na Bliskim Wschodzie, powstanie tzw. Państwa islamskiego, czy obserwowany w Polsce masowy napływ ludności ukraińskiej.  Niewątpliwie grunt pod kwitnięcie ziarenka nacjonalistycznego nie mógł być bardziej żyzny.

Współczesny, polski nacjonalizm wyrósł na rasizmie, biedzie, strachu i etnocentryzmie (o którym pisał Sumner, później Szacki, a którego nie przełamały nawet masowe migracje – cóż z tego, że osoby z malutkich zakamarków Polski wyjeżdżały do krajów oddalonych o tysiące kilometrów, skoro żyły tam w skrajnych warunkach, we własnym, polskim gronie i nijak nie doświadczyły miejscowej kultury). Za Habermasem mogę stwierdzić, że nie było w historii świata idei bardziej uwodzicielskiej niż świadomość narodowa, która była dość prostym do zrozumienia i klarownym konceptem, który dawał poczucie bycia za coś odpowiedzialnym. A skoro jest się za coś odpowiedzialnym, to jest się ważnym.

Ideologia narodowa niewątpliwie posiada pierwiastek dowartościowujący. Polaryzowanie społeczeństwa, bazowanie na niskich lękach, dualistyczny podział ludzkości na swoich i obcych, lepszych i gorszych jest przerażający, jest prymitywny i niebezpieczny, bo może prowadzić do dalekosiężnych skutków. Zresztą wystarczy wyjść na ulicę i rozejrzeć się, czy ktoś przypadkiem muralami nie nawołuje w niedalekiej odległości do eksterminacji Żydów; czy w kolejce po kotleta nie stoją osoby, które zapalczywie opowiadają, jak to „ideologia LGBT” niszczy kraj, rodziny, dzieci, psychikę i w ogóle wszystko niszczy. Niemniej jak tu nie bazować na stereotypizacji, etnocentryzmie i niemających końca podziałach, jeśli od wielu lat, w szkołach dochodzi do scen, w których dzieci odgrywają sceny egzekucji dokonanej poprzez strzał bronią palną w potylicę?

W ramach tego miejsca w Internecie zajmuję się prawem, feminizmem, socjologią i etyką. Wkręty metryczne to moja gorąca miłość. Ostatnio jara mnie historia polskiej kolei i prowincjonalnych ruchów robotniczych. Moim wielkim marzeniem jest odwiedzić wszystkie kraje byłego ZSRR. Więcej o mnie przeczytasz w zakładce o tajemniczo brzmiącej nazwie "o mnie".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Do góry