Kocham lato w mieście.

Lato w Kato

Przepadam za spędzaniem ciepłych miesięcy w mieście, zwłaszcza w okresach świątecznych. Ulice pustoszeją, nagrzane płyty chodników dają złudzenie falującego powietrza, popołudniowe słońce leniwie świeci pomarańczowym światłem. Powietrze zdaje się być ulepione z cukrowej waty, na niebie brakuje chmur, a widać tylko gdzieniegdzie smugi w różnych odcieniach brzoskwini. Atmosfera jest gęsta, ale w taki dobry sposób.

Lubię wtedy chodzić do parku i nad wodę, patrzeć na tych ludzi, którzy niby mówią, ale tak naprawdę nie. Niby się poruszają, ale tak naprawdę nie. Są zanurzeni niczym muchy w syropie – w lepkim letargu zdają się siedzieć w bezruchu. Nawet wychylanie butelki z malinowym piwem jest mniej dynamiczne niż kiedykolwiek indziej. Dzieci niby bawią się, biegają, ale to dzieje się jakby obok. Muszki latają w powietrzu, kaczki niszczą idealny kształt lustra wody, w którym odbija się niebo. Fale miękko rozchodzą się na boki.

Dlaczego akurat miasto? Bo dopiero wtedy widzę spokój na twarzach przechodniów. Na wsi zawsze jest spokojnie, a tu na codzień słychać trąbienie, rozmowy, warkot samochodowych silników. W takie dni jak ten, osoby, które zawsze biegną, są pełne niepokoju – zwalniają. Ich napięte, poorane grymasami twarze łagodnieją, ogrzewane takim miękkim, ciepłym strumieniem światła. Ulice są niemal puste. W knajpach także czuje się mieszankę chłodnego chmielowego napoju i słodkiego, ciągnącego się bezpośpiechu. Czas płynie bardzo powoli.

Jednak najpiękniejsze w tych dniach są budynki. Gmachy, które na codzień mieszczą w sobie setki ludzi, pękają w szwach od papierologii i ważnych spraw. Trzeszczą od interesantów i udzielających pomocy; pełne są rozmów o rzeczach najwyższych, a przynajmniej najwyższych w mniemaniu petentów, którzy mówią. Te budynki stoją -w dni takie jak ten – zupełnie puste. Majestatyczne, chłodne, niedostępne, ale utopione w tej mieszance brzoskwiniowej konfitury i cukrowej waty. Krzyczące ciszą, rzucające się w oczy pustką. Flaga wywieszona przed nimi spuszcza głowę i nie powiewa, bo w tym wymiarze nie ma wiatru.

Świat stoi w miejscu. A ja siedzę pośrodku wszystkiego. W środkowej części Europy, Polski, województwa, w środku miasta, w środku parku, na łódce, pośrodku jeziora. Przez ten moment jestem w centrum innego wymiaru, który za chwilę się skończy. Jutro znowu zmienię podziurawione dżinsy i rozciągniętą koszulkę na smart casual. Ale to jutro. Dziś „jutro” to odległa przyszłość.

Podziel się:


4 thoughts on “Kocham lato w mieście.”

Dodaj komentarz