[Lexmaruda inspiruje się #2] Pani Anna, strażniczka pamięci

Zanim przeczytacie o Pani Annie, zważcie, że ta historia nie jest kontrą do historii Alex – nie ma na celu porównywać ludzi, ich pomysłów na siebie, sprawić by ktoś poczuł się lepszy lub gorszy. Ot, jest to alternatywny sposób na życie: jedna chciała wyjechać, druga chciała zostać. Obie robią piękne rzeczy, obydwu należy się uwaga i ciepłe słowo. A mój prywatny stosunek do obu historii należy oddzielić grubą linią.

Życie płata figle, ale tym razem był to bardzo pozytywny figielek. Miałam już plan na tego bloga, wizję i ułożony w głowie konspekt, a tu nagle jedna majówka, jeden wyjazd i muszę wtrącić do cyklu o niezwykłych Kowalskich osobę, którą poznałam całkowicie przypadkowo. Przypadek ten był raczej zbiegiem przypadków, które przydarzyły mi się w podróży po Bieszczadach.

Przypadek pierwszy: zanim wyjechałam na majówkę na Podkarpacie, szukałam w Internecie czegoś, co mogłabym robić w tym rejonie Polski. Jako największa fanka kultury wschodu niemal pisnęłam z radości, kiedy zobaczyłam w tej okolicy szlak drewnianej architektury sakralnej – a mówiąc po ludzku – całą masę przeuroczych, drewnianych, starych cerkwi prawosławnych. Kierując się bowiem w ten rejon kraju nie miałam planu zwiedzać kościołów, kierowałam się raczej starym, dobrym „rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady”. Przypadek drugi: po ekstatycznej rekacji na informację o szlaku zaplanowałam objazdówkę po kilku cerkwiach. Ale tych pięknych świątyń było tyle, że trasy wyszły dwie – w zupełnie przeciwnych kierunkach. Cały jeden dzień spędziłam na zwiedzaniu trasy nr 1. Porzuciwszy nadzieję na zwiedzenie trasy nr 2, następnego dnia jechałam na spływ do Sanoka. Okazało się, że po drodze minęłam tabliczkę kierującą do najpiękniejszej cerkwi w Komańczy. Zaskoczona tym faktem, bo nie znałam zupełnie geografii regionu bieszczadzkiego, ochoczo zboczyłam autem z głównej trasy. Był to przypadek nr 3. Jadąc do Komańczy, zobaczyłam na wzgórzu w miejscowości Szczawne cerkiew tak pięknie usytuowaną, że grzechem byłoby nie wejść. Wtedy to miały miejsce przypadki 4 i 5, bo wszystkie cerkwie w tym rejonie we wtorki są zamknięte. Tylko w Szczawnem cerkiew jest otwarta dla ludzi z zewnątrz. Ja nazywam to serią przypadków, Pani Anna stwierdziła, że „to Pan Bóg chciał, żebyśmy się tu i teraz spotkały”.

Cerkiew w Szczawnem
Cerkiew w Szczawnem

Pani Anna

Pani Anna to na oko sześćdziesięcioletnia kobieta. Ubrana w szary polar i wygodne buty na grubej podeszwie, od marca do października przyjmuje przybyszów odkrywających szlak bieszczadzkich cerkwi. Określić to kim Pani Anna jest to dość skomplikowana sprawa. Łatwiej byłoby powiedzieć kim nie jest. Narodowość kresowiaków to po prostu: kresowiacy. Wcielenie kresowiaka do jednej grupy mogłoby być dla niego krzywdzące. Pani Anna to Ukrainka od ponad 40 lat mieszkająca w Polsce. To także Łemkowianka. Oryginalna, z Łemkowszczyzny. Pani Anna to taki trochę unikat – dla mnie wychowanej w monokolorowej, monowyznaniowej wspólnocie to wielobarwny ptak.

Wchodzę na wzgórze, na którym stoi pani Anna z mężczyzną. Widać, że się znają, bo bardzo ciepło się do siebie odnoszą. Jakież było moje zaskoczenie, gdy do mnie odniosła się równie ciepło i otwarcie. Czułam się w przestrzeni kościelnej trochę zagubiona, odrobinę przytłoczona, nieswoja.  Każda wizyta w przestrzeni sakralnej powoduje u mnie takie emocje. Pani Anna szybko sprawiła, że poczułam się swobodnie, jak w kawiarni, na pogawędce ze starą znajomą.

Po 40 latach małżeństwa nie ma już o czym z mężem rozmawiać, więc siedzę tu, w cerkwi” – śmieje się Pani Anna. Do parafii w Szczawnem należy aż. . . 14 osób. Pani Anna codziennie rano pokonuje wzgórze, na którym położona jest cerkiew i wyczekuje przybyszów tożsamowiernych bądź tych ciekawskich.  Ja byłam z tych ciekawskich. Wydawałoby się, że to straszna nuda – kto przyjeżdża do małej wioski w odległych Bieszczadach, żeby zwiedzić dziewiętnastowieczną cerkiew. Ano, zaskakujaco dużo ludzi. Czasami Pani Anna przemienia się w rasowego guide’a i swoimi opowieściami o historii tego niezwykłego miejsca czaruje całe wycieczki. Ma czym czarować – jej wiedza o Łemkowszyźnie, przesiedleniu Ukraińców, akcji „Wisła”, rzeczywistości PRL, a także o doktrynie religii prawosławnej jest naprawdę imponująca. W ogóle, życiorys Anny jest materiałem na dobrą książkę. Przesiedlona Ukrainka od 40 lat żona Polaka, mówiąca biegle w językach ukraińskim, polskim i łemkowskim, doświadczona i napiętnowana przez komunistyczną indoktrynację, a teraz 8 miesięcy w roku przesiaduje na wzgórzu cerkiewnym otoczonym starym cmentarzem w niezmąconej niczym ciszy i wypatruje zbłąkanych podróżnych.

Po co ona tam siedzi? Stara baba, siedzi z nudów. Tak myślisz? To znaczy, ze masz ograniczone horyzonty. Nie siedzi tam dla pieniędzy. Pani Anna pojawiła się w moim życiu całkiem przypadkiem, przebywała w nim dwie godziny, a ja zapamiętam te dwie godziny do końca życia. Zapamiętam ten bijący od niej spokój, ciepło i dobro. I determinację. Bo ta kobieta miała jej za trzech rosłych chłopów. „Mogłabym wyjechać do Niemiec, dorobić sobie. Mogłabym dorobić w Anglii. Wszystkie moje dzieci wyjechały. Podkarpacie pustoszeje, wszyscy uciekają za granicę. Moje dzieci ani myślą wrócić. Ale ja nie wyjadę. Nie i już. Moje miejsce jest tutaj.„. Patetyczne? Naiwne? A może to właśnie jest patriotyzm w czystej postaci? Dla mnie i owszem, bo Pani Anna jest jak potężny Cerber strzegący skarbu. Ta postawa to przejaw niespotykanego, egzotycznego wręcz romantyzmu, który charakteryzował ludzi minionych epok.

Dzięki Pani Annie cerkiew jest w znakomitym stanie. Cmentarz dookoła świątyni jest doskonale zachowany, zaś Pani Anna zna piękne historie każdej z osoby, która na nim spoczywa – niekoniecznie wyznawców prawosławia. Ze swojej skromnej emerytury odkładała pieniądze na to, żeby móc ufundować granitową tablicę pamiątkową dla ofiar przesiedleń. Cerkiew, choć nagryziona zębem czasu, z wyblakłymi lekko od promieni słonecznych ikonami, jest przytulna, schludna i ciepła.  Do świeczników przyczepione są urzekające kokardki ze wschodnich wyszywanek, miejsce położenia Biblii zdobią bukiety kwiatów w kolorach ukraińskiej flagi. W ogóle, w porównaniu do wielu cerkwi, które miałam okazję zwiedzić, cerkiew w Szczawnem jest bardzo dobrze zachowanym zabytkiem – niezniszczona i nie rozgrabiona przez handlarzy dzieł sztuki i SB, co w przypadku innych cerkwi w tym rejonie było wręcz nagminne.

W cerkwi nie ma elektryczności. Nabożeństwa odbywają się przy blasku świec. W Szczawnem nie parafii, nie ma nawet stale rezydującego kapłana. Msze odbywają się co dwa tygodnie, zaś егомость [jegomość] dojeżdża, aby odprawić mszę. Przyjeżdża ze swoją żoną – matuszką. On sam jest otcem. Do niedawna ludzie płacili mu za odprawienie nabożeństwa – żeby miał chociaż na paliwo, mówi pani Anna. Jednak otiec nie jest w ciemię bity – widzi, że w Bieszczadach coraz biedniej się tubylcom żyje. Pani Anna mówi, że teraz w inny sposób wynagradzają jego poświęcenie – ciastem lub podobnymi gestami. A na marginesie: rozwijający się w Bieszczadach „przemysł turystyczny” bardziej szkodzi, niż pomaga rdzennym mieszkańcom. Ceny w sklepach, knajpach poszybowały hen wysoko, odkąd ludzie częściej zaczęli przyjeżdżać w te tereny.


Czego możemy się od Pani Anny nauczyć?

#1 wartość pamięci i patriotyzm

Pani Anna nie tylko dba o cerkiew i cmentarz położony kilka kroków od świątyni. Przede wszystkim Pani Anna jest nośnikiem kultury i pamięci. O rzezi ukraińskiej, o Łemkach. Ze swoją matką rozmawiała tylko po łemkowsku. Jej dzieci też musiały zwracać się do babki w tym języku. Łemkowski to taki miks języka ukraińskiego, polskiego i słowackiego okraszony zapożyczeniami z języka węgierskiego i rumuńskiego – niektórzy uważają go za gwarę języka ukraińskiego, inni – za całkiem osobny język. Jest to język mniejszości narodowej, którym w całej Polsce posługuje się około 5 tysięcy osób, w tym, na Podkarpaciu ok 130. Stanowi to około 1 % wszystkich mieszkańców naszego kraju. Wiecie, że można zdawać maturę z języka łemkowskiego? W poprzednim roku zdawały ją aż. . . 2 osoby!

#2 cywilna odwaga

„Pamiętam jak prawie wyrzucili mnie ze szkoły. Dyrektor na zajęciach mówił o tym, że gen. Świerczewskiego zamordowało UPA [Ukraińska Powstańcza Armia]. Myśmy [Ukraińcy] prawdę znali. Świerczewskiego zamordowali jego ludzie. Nie zwalamy winy na Polaków – to była wina systemu. Świerczewski musiał zginąć, bo był dla władz PRL po prostu niewygodny.„. Bez zagłębiania się teraz w prawdziwość tego twierdzenia, które po dziś dzień jest przedmiotem sporów naukowców i powodem wzajemnej niechęci polsko-ukraińskej, trzeba przyznać, że Pani Anna miała dużo odwagi. W czasach, kiedy Ukraińców przesiedlano, tępiono w Polsce, mówić o tych trudnych tematach głośno było przejawem ogromnej odwagi. „Wszystkie dziewczyny w klasie – cisza jak makiem zasiał. Dyrektor wstał, zamknął dziennik i z impetem wyszedł, trzaskając drzwiami. Wtedy jedna z koleżanek łamiącym się głosem wyszeptała: „Anka, głupia. Przecież oni cię wyrzucą. Wyślą na Ukrainę.”. A to była klasa maturalna, na miesiąc przed egzaminami.”. Nie wyrzucili jej. Temat przemilczano: dyrektor nie wchodził w dyskusję. Gdyby to zajście się wydało, poleciałby i on, i ja – wspomina. Po latach, na spotkaniu klasowym spotkali się z dyrektorem, już w wolnej Polsce: Anka! Ech, Anka! Coś ty sobie wtedy myślała! – powitał ją dyrektor, po latach nadal nie mogąc uwierzyć w to co się stało w szkole przemysłowej w Przemyślu przed trzydziestoma laty.

#3 Tolerancja i miłość bliźniego

To, czym mnie osobiście najbardziej ujęła Pani Anna była ogromna tolerancja i umiłowanie ludzi. „Przychodzą do mnie różni ludzie. Katolicy, protestanci. Rzadko prawosławni. Kiedyś przyszedł Świadek Jehowy. Długo rozmawialiśmy, ale on nie chciał się przyznać, jakiego jest wyznania. Kiedy zebrał się na odwagę, złapał mnie za rękaw i poprosił: „Pani Aniu, niech pani nie ucieka! Ja jestem Świadkiem Jehowy.” Myślę sobie, co za człowiek, czemu miałabym uciekać? „Bo wszyscy uciekają” – powiedział mi. A mnie to nie robiło żadnej różnicy. Bo to nie ma żadnej, ale to żadnej różnicy jakiego wyznania jesteś. Wszyscy jesteśmy dziećmi tego samego Boga. Nienawiść i kłótnie nie mają żadnego sensu. To wspaniałe, że możemy sobie tu teraz stać i rozmawiać. Wy mi opowiecie trochę o swojej religii, ja opowiem Wam o swojej. Nasze spotkanie to nie był przypadek. Więc po co cała ta nienawiść?”. Przypomnijmy sobie stereotypową mieszkankę wsi, w podeszłym wieku, dla której religia stanowi bardzo ważną część życia – nie takiej odpowiedzi można by oczekiwać. Ludzie w tym wieku bardzo często myślą w sposób dość zero-jedynkowo: kobieta albo mężczyzna, małżeństwo albo grzech, katolik albo grzesznik. Nie ma szarości – albo czarne, albo białe. A dla Pani Anny świat jest pełen kolorów i odcieni, które czynią ten świat bogatym i pięknym.


Dla mnie Pani Anna jest bohaterką przez duże „B”. Emigranci przemierzają wiele kilometrów w pogoni za lepszym, bardziej komfortowym, bogatszym życiem. Myślą jednak o dobru swoim i swoich najbliższych. To jest szlachetne. Jednak nie patrzą na to, co dzieje się z krajem, który zostawiają za sobą. Historia Pani Anny porusza mnie do głębi z tego powodu, że są na świecie ludzie, którzy pragną w życiu czegoś więcej niż wygodnego auta, jeansów Wranglera i cynamonowego latte macchiato z sojowym mlekiem – dążą do prawdy i walczą każdego dnia o to, by pozostawić dla potomnych choć kawałek świata, który dawno przeminął. Pani Anna jest zdrowa, silna, mogłaby pracować za granicą. Jednak miłość do najbliższej ojczyzny wzięła górę. To jest właśnie to „mierzenie się z polskością”, o którym pisałam w kontekście emigracji Alex: zarabianie w złotówkach, pożegnania najbliższych, którzy uciekają do lepszego świata, oglądanie dzień w dzień dziurawych dróg i bezdroży, mierzenie się z bieszczadzką zimą. Pani Anna to cerber zabytkowej cerkwi, jej kustosz, strażnik i obrońca. To przewodnik z ogromną wiedzą. To wielka patriotka. To osoba tolerancyjna, kochająca wszystkich ludzi, nie dzieląca ich na lepszych i gorszych.

„Jeszcze jesteśmy”

Te słowa kilkakrotnie powtórzone przez całe nasze spotkanie zabrzmiały w murach świątyni tak, że po plecach przebiegł mi dreszcz. Dreszcz z obawy przed przemijalnością. Mniejszość Łemkowska powoli przechodzi do historii. Podkarpacie pustoszeje z powodu drastycznej emigracji i odpływu ludności. Cerkiewne ikony blakną, drzewo, z którego zbudowana jest świątynia, zaczyna pękać. Pani Anna nie będzie coraz młodsza, niestety.

Polska różnorodność jest niesamowita – ten kraj, choć mnie mierzi i uwiera, nigdy nie przestanie mnie zachwycać. Nasza historia – tak bogata, ciekawa i trudna; nasza kultura, tak barwa i różna w różnych regionach; nasi obywatele – tak gościnni i pracowici – to powody do wielkiej dumy. Dziękuję Pani Anno, że dane nam było spędzić te dwie godziny w murach najpiękniej usytuowanej cerkwi w całych Bieszczadach. Pani uścisk dał mi mnóstwo motywacji i poczucie, że wiara w wyższe wartości ma sens. To była wspaniała i inspirująca lekcja tolerancji, patriotyzmu i tego, że w życiu są wartości o wiele ważniejsze niż pełny portfel. I że są na świecie jeszcze prawdziwi romantycy. Nie tylko zimną kalkulacją i rozwagą człowiek żyje.

Podziel się:


Dodaj komentarz