#LEKCJA 1: GRUZJA. POKORA.

Podróż do Gruzji była jedną z dotychczas najważniejszych, przełomową chwilą w moim życiu. Nie była ona ekstremalnie długa, ekstremalnie ekstremalna, ale nauczyła mnie wielu rzeczy, które zostaną ze mną do końca życia.

Gruzja pretenduje do bycia zaliczoną w poczet krajów europejskich. Pomijając sporne kwestie geograficzne, nieprędko wstąpi ona do Wspólnoty. Żeby być członkiem Unii Europejskiej nie wystarczy tylko chcieć: trzeba spełnić tzw. kryteria kopenhaskie, które stanowią m. in.: o stabilności instytucji gwarantujących demokrację czy przestrzeganie praw człowieka. Trudno jednak budować demokrację w kraju, który tradycji demokratycznej nie miał kiedy zbudować – będąc najpierw zniewolonym przez Persję i Turków Osmańskich, od XVIII w. znajdując się pod „protektoratem” rosyjskim. Trudno także budować demokrację w kraju, który niedawno zakończył wojnę i którego niektóre regiony nadal obsadzone są rosyjską armią.

To kraj, który 9 lat temu przeżywał koszmar wojny, co do tej pory, jest mocno widoczne, zwłaszcza na trasach między większymi miastami. Również w ośrodkach miejskich widać ślady konfliktu: zburzone budynki, niedokończone budowle. To kraj, w którym na hali w czterdziestostopniowym upale sprzedawane są ryby i kurczaki, ser leży na stołku przy zakurzonej ulicy, jeden blok mieszkalny, oprócz malutkich klitek ma zamieszkałe także sutereny i strychy, a po drogach przechadzają się watahy psów. Miłośnicy Gruzji pewnie zaraz zrobią na mnie nalot, ale niestety – ja brak podstawowych wymogów higienicznych odbieram raczej negatywnie. Kiedyś zażarcie dyskutowałam z jednym z Miłośników, który zarzucał mi ignorancję i nieznajomość realiów życia w czasach komunistycznych. Jego zarzut nie jest jednak zbyt trafny wobec dwudziestoletniej osoby, którą owe czasy ominęły. Ta „samowolka”, brak wielu „naszych” wymogów często jest zbawienna – możesz rozbić namiot gdzie tylko chcesz, nawet w górach lub na środku miasta; możesz łapać stopa w każdym miejscu, a nie tak jak to bywa w europejskich państwach. Jednak rozjeżdżanie autem górskiej ścieżki prowadzącej do świątyni Cminda Sameba czy właśnie owe urżnięte łby i zabite ryby oblepione muchami, wyprzedzanie na trzeciego przez busika pełnego ludzi uważam za nieodpowiedzialne. Może to ignorancja, może to niewiedza – nazywajcie to jak chcecie. Ale nie wmówicie mi, że slalom autem bez pasów bezpieczeństwa z niedomkniętymi drzwiami, między krowami spacerującymi leniwie drogą ekspresową a psem goniącym świnię jest czymś, co chcielibyście spotykać na codzień w Polsce. Taki brak elementarnych przepisów uważam za kolejną rzecz, która świadczy o ciężkich warunkach panujących w tym kraju. Jednak mimo tych kilku przywar, ten kraj jest NIE-SA-MO-WI-TY, co udowodnię Wam w kolejnych wpisach.

Ludzie mają naprawdę niewiele, niektórzy prawie nic. Mimo to są w stanie oddać ci wszystko, a nawet więcej. Niestety, ludzie Zachodu perfidnie to wykorzystują. Spotkałam się z przypadkiem gospodarza, który wynajmował jakiś kontener pisarzowi z Kanady. Kontener, taki blaszak. Normalna stawka za dobę w gostinicy wynosiła 20 lari, czyli niewiele powyżej 30 złotych. Blaszak miał kosztować 15 lari. Gruzin, który gościł pisarza ugiął się przy negocjacjach do tego stopnia, że ów „artysta” płacił mu 4 lari za noc. Czyli około 8 zł. Oczywiście, gospodarz dokładał do interesu. A „człowiek cywilizowany szukający natchnienia w gruzińskiej biedzie”, spędził trzy miesiące za półdarmo, na koszt biednego Gruzina. Żenujące.

Gruzini to naród najbardziej przyjazny i otwarty, z jakim przyszło mi się spotkać. Nigdy nikt tak szczerze się nie cieszył, nie wzruszał, nie pomagał jak oni. W biedzie i powojennym zniszczeniu utrzymują pogodę ducha, optymizm. Każdy, kto nas podwoził autostopem bardzo chciał z nami rozmawiać, poznać nas i chętnie opowiadał o sobie. Nawet mimo bariery językowej 🙂 Zabierając nas ze sobą, za każdym razem mówili, że autostop w Gruzji nie funkcjonuje, po czym . . . skutecznie podwozili nas dalej 🙂 Często opuszczaliśmy pojazd obdarowani torbą śliwek, jabłkiem lub napojem. Mówiłam już, że w Gruzji stopa łapie się jakieś . . . 3 sekundy? 🙂

Anturaż gruzińskich, zniszczonych i powiedzmy to sobie wprost – biednych miast, nie sprzyja takiej pogodzie ducha. Na przekór biedzie, na twarzy Gruzina zawsze jest uśmiech i chęć pomocy. Żyją skromnie. To naprawdę niezwykłe, że są skłonni oddać wszystko co mają, mając niewiele. Mimo, że brzmi to pięknie i wzniośle, mam wrażenie, że często jest to dla nich zgubne. Historia Kanadyjczyka mieszkającego w blaszanym kontenerze, choć była mikroskopijnym epizodem w gruzińskich przygodach, bardzo mnie dotknęła – uwydatniła pazerność i cwaniactwo bogatych ludzi. Czy mając mac booki, autostrady, wyremontowane budynki i dobrą pensję jeszcze Ci mało? Czego Ci człowieku jeszcze potrzeba? Chyba tylko ptasiego mleka. Jadąc do Gruzji tak naprawdę dostrzegasz, co w życiu jest ważne. Przestajesz gonić za modami, gadżetami, a doceniasz rodzinę, spokój i zdrowie. Reszta jest milczeniem.

Pisząc ten tekst, siedzę owinięta w kocyk, popijam herbatkę, mój fikuśny piesek głośno chrapie zawinięty z kołdrę. Niczego w życiu mi nie brak. Niech to będzie gorzka refleksja nad gruzińską lekcją pokory. Resztę dopowiedzcie sobie sami i doceńcie to, co macie. A zwłaszcza pokój.

Podziel się:


Dodaj komentarz