Lekcje z podróży # 4 Bieszczady. Daj sobie szansę.

Kiedyś tam pisałam o wyjeździe w Bieszczady. Pojechałam tam, zamiast w szaleńczą autostopową podróż dookoła Europy. Dlaczego do tego wracam? Bo dopiero teraz dotarło do mnie, że to tam zrozumiałam kim jestem i czego chcę. I czego nie chcę. Bieszczady to magiczne miejsce.

Rzucić w pizdu i wyjechać w Bieszczady.

Zanim tam pojechałam stałam niestabilnie, niczym kolos na glinianych nogach, na rozdrożu między setką zobowiązań. To był koszmar. Obowiązki się mnożyły, a żadnego z nich nie byłam w stanie dokończyć. Żyłam z dnia na dzień, nie miałam żadnego planu ani pomysłu na siebie. Nie wiedziałam co chcę robić, dokąd zmierzać. Nie wiedziałam też jak to zrobić. Nic nie wiedziałam. Wpadłam w gęstwiny gór i lasów rozedrgana, niczym tykająca bomba, którą jedno dotknięcie może doprowadzić do detonacji. I wpadłam w tą przerażającą ciszę. Ciszę, której nie zakłócał nawet najdelikatniejszy wiaterek. Ciszę przejmującą. Ciszę kojącą, która była niczym plaster miodu na moje obolałe, poharatane wnętrze.

Nie musiałam nic. Na wakacjach w ogóle nie wiele trzeba, ale ja nie musiałam nic w tej ciszy. Byłam tylko ja i góry. I charchający, półżywy od pagórków buldog. Nieraz zatrzymywałam się by posłuchać i nadziwić się nie mogłam, że ta cisza jest tak głęboka i totalna. I pomyślałam, że zawsze już chcę słyszeć i czuć tę ciszę.

Zaakceptowałam to jaka jestem.

Nie muszę być na siłę obsesyjnie ekstrawertyczna, jeśli nie sprawia mi to radości. Chcę podróżować z dala od zgiełku krupówczanych straganów i zgrai turystów. Cieszy mnie przyroda i sztuka, więc zwiedzam to, co chcę i to mnie koi. Nie chcę jechać nie wiadomo gdzie. Nie chcę zwiedzić całego świata, bo mnie cały świat nie interesuje. Bez cienia wyrzutów przeżyję fakt, że nie zobaczyłam Pakistanu, Jemenu czy Argentyny. Chcę czasem wrócić w miejsca, które mi się podobały – nie lecieć na łapu-capu przez szerokość mapy i modlić się o czas na zobaczenie wszystkiego. Chcę żyć z poczuciem, że nie muszę za nikim gonić i nie muszę rywalizować z czasem/bogiem/czymkolwiek innym. Chcę umrzeć z poczuciem spełnienia, a nie permanentnego niedosytu.

W góry się nie przeprowadzę, bo wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą jaki jest mój stosunek do spacerów po terenach jakkolwiek wzniesionych, ale właśnie tam, w bieszczadzkiej Wołkowyi, zrozumiałam, że nie mogę dalej stać w tym samym miejscu. Że się duszę. Że jeszcze kilka miesięcy i spotkamy się nie na kawie, ale na moim pogrzebie. Od wtedy zaczęły się zmiany w moim życiu. To było 9 miesięcy temu. 9 miesięcy później jestem na dobrej drodze. Na drodze do szczęścia. Jeszcze kawał przede mną, ale jest lepiej.

Daj sobie szansę.

Dlaczego to piszę? Bo mnóstwo ludzi frustruje fakt, że tak jak ja kiedyś, nie wiedzą co ze sobą zrobić. Mordują się z tym, nie mając planu ani nawet pomysłu. Żyją dzień po dniu, ale bez żadnej perspektywy. To potwornie frustrujące, wiem. Dlatego wychodzę z założenia, że samo się nie ułoży. Trochę zależy od szczęścia, ale musisz dać szansę temu szczęściu. Próbuj, doświadczaj, zrażaj się, zachwycaj, rozmawiaj, smakuj, delektuj się. I wtedy szczęśliwie coś wpadnie ci do głowy. Nawet jeśli nie cały plan, to choć mały skrawek. Ale od czegoś trzeba zacząć.

Podziel się:


Dodaj komentarz