„Do wszystkiego doszedłem sam” – czyli jak kłamią „ludzie sukcesu”.

małe miasteczko społeczeństwo1 komentarz do „Do wszystkiego doszedłem sam” – czyli jak kłamią „ludzie sukcesu”.

„Do wszystkiego doszedłem sam” – czyli jak kłamią „ludzie sukcesu”.

Podobno każdy dorosły przynajmniej raz w tygodniu oddaje się pokusie, o której wstydziłby się powiedzieć innym osobom, prawdopodobnie ze względu na to, że stara się dobrze wypaść w społeczeństwie, a informacja o tejże czynności mogłaby go postawić w niekoniecznie najbardziej korzystnym świetle. Oddając się „grzesznej pokusie”, można jeść lody waniliowe i zagryzać je korniszonem, dłubać w nosie, oglądać pornografię albo „Na wspólnej”. Część osób może uznać, że moja grzeszna pokusa nie jest wcale dostatecznie kompromitująca, żenująca czy kontrowersyjna, niemniej zalecam spróbować wyrazić zdanie na forum publicznym, najlepiej na jakimś portalu społecznościowym o tym, że Mark Zuckerberg nie jest jedynym ojcem swojego sukcesu. W mgnieniu oka rozpętuje się piekło, w którym jesteś grillowany na rozgrzanym ruszcie kolejnymi inwektywami: począwszy od „zasranego komucha”, poprzez „typowego polaczka”, aż do zazdrośnika i zawistnika, który siedzi w piwnicy i zazdrości ludziom ciężko pracującym sukcesu.

A więc jedną z moich największych guilty pleasures w życiu, jest słuchanie o tym, jak milioner opowiada, że wszystko do czego doszedł w życiu, zawdzięcza sobie sam. Usłyszawszy to biorę delikwenta na warsztat i czytamo jego przeszłości i korzeniach, z których wyrósł. Doprawdy jest to dla mnie źródłem wielkiej radości, słyszeć, że syn posła osiągnął stanowisko dyrektora czy innego wiceministra, wyłącznie siłą swoich wątłych, nieskalanych nigdy pracą, rąk. Być może gdybym posiadała idealny manicure, miękkie poduszki na dłoniach i pracowałabym dostatecznie ciężko, pewnie też bym wiceministrą została. No ale nie zostałam, a więc wniosek jest prosty: jestem patentowanym leniem.

Być może klasy społeczne w takim wydaniu, o jakim pisał Marks, już nie istnieją

W sumie musiałby być jasnowidzem, żeby z pozycji człowieka żyjącego przed początkiem Wiosny Ludów, a potem rewolucji bolszewickiej, dwóch wojen światowych czy w ogóle rewolucji przemysłowej, przewidzieć kształt stosunków społecznych ludzi w roku 2021 – roku, w którym w najlepsze hula sobie prekariat: na porządku są śmieciowe umowy, które nie gwarantują nic, a już na pewno nie stałość zatrudnienia; w którym wachlarz wykonywanych w toku życia zawodów wypełniony jest wszystkimi kolorami tęczy, które nijak nie są zbieżne ze zdobytym wykształceniem; w którym pracownik nie jest do grobowej deski związany ze środowiskiem jakiegoś zawodu, przez co nie posiada ugruntowanej, stałej pozycji społecznej; w którym 1/4, 1/7 czy 1/2587 etatu są normalnym zjawiskiem; w którym każdy jest wszystkimi, a wszyscy są każdym, a więc osoba ma swoje przedsiębiorstwo i jednocześnie jest czyimś pracownikiem.

Klasy społeczne, o których pisał Marks, miały być wyróżnikami opartymi na cenzusie posiadania środków produkcji, a więc ktoś albo środki produkcji posiadał i przynależał do burżuazji, albo nie miał ich wcale i był w gronie klasy wyzyskiwanej. Obecnie posiadanie środków produkcji zmieniło swoje położenie i diametralnie straciło wartość, bowiem współczesny odpowiednik „burżuazji” nie posiada ich wcale, a ci, którzy środki produkcji posiadają, są w pozycji wyzyskiwanej przez burżua. Rynkowi giganci zlecają pracę mieszkańcom ubogich regionów świata, bo technologia i transport to umożliwiają. Nie jest zatem problemem, aby niemieckie czy amerykańskie firmy zlecały pracę mieszkańcom Sudanu Południowego. Globalizacja zmieniła sporo w kwestii posiadania środków produkcji, zmieniła ich rozłożenie na świecie, ale nie wymazała problemu klasowości – ona go tylko zinternacjonalizowała.

Ale wracając do moich milusińskich synów prezesów i córek premierów

Kiedy tylko widzę nagłówek o tym, że ktoś odniósł sukces, że przekroczył miliard złotych czy dolarów, że jest na liście 758 najbogatszych ludzi Wszechświata, robię szybki research na temat zaplecza ekonomicznego tej osoby. Często gęsto okazuje się, że za sukcesem pewnie stała jakaś praca – mniejsza lub większa i moim celem nie jest negowanie tego wysiłku. Z całą pewnością także mogę stwierdzić, że na świecie bytują jakieś jednostki, które faktycznie startowały z pozycji zerowego lub niewielkiego przywileju i osiągnęły sukces. Być może wpadły na genialny pomysł, być może pracowały heroicznie i w związku z tym zdobyły tantiemy. Być może sprzyjała im koniunktura, a być może znalazły się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Jednak nie temu poświęcam ten esej, a temu, co doprowadza mnie do szaleństwa: gdy pomponik.pl czy businessinsider.com publikują wywiady i gorące newsy z osobami sukcesu [oczywiście mierzonym w centymetrach grubości portfela], jest jedno zdanie: „Do wszystkiego doszedłem sam”. Gratulacje. Szkoda tylko, że to nie jest prawda.

Programy pomocowe i te, które mają wyrównywać szanse, są w Polsce ponurym żartem i sposobem na to, aby osoby zajmujące znaczące stanowiska, mogły ze spokojem zasypiać i patrzeć sobie w oczy w lustrze. No i żeby to dobrze wyglądało w raportach, albo kiedy Unia Europejska znowu się do czegoś przyczepi. Pewnie to kwestia takiej budowy świata, że nigdy nie będziemy faktycznie równi, choć możemy w tym kierunku podążać. Dzieciak, którym byłam, pochodził z małego miasteczka w województwie świętokrzyskim. Moi rodzice byli średnio majętnymi ludźmi i  bardzo starali się pokazać mi świat, pozwalali podróżować i doświadczać nowości i różnorodności. Chcieli i mieli zasoby do tego, aby mnie wykształcić. W życiu miałam naprawdę dobrze, choćby w porównaniu do większości dzieciaków z mojego miasteczka. Nawet gdy po drodze pojawiły się turbulencje, nie byłam zmuszona do przerwania nauki.

A jednak porównując moje doświadczenia i możliwości z osobami, które być może urodziły się w podobnie zasobnej rodzinie, ale które żyły w potężnej aglomeracji, miały dostęp do oferty dwujęzycznych szkół, ich rodzice, nauczyciele, wykładowcy pokazywali im więcej, bo sami posiadali o wiele większy społeczny kapitał i mieli w życiu szersze spektrum doświadczeń kulturalno-społecznych. W wielu sytuacjach prozy życia czuję, że nadal się różnimy. Mimo to jesteśmy w tym samym miejscu i cieszę się, że mimo wielu akademickich perturbacji, dotarłam do tego miejsca. Ale nie mogę pozbyć się myśli, że osoby z małych miasteczek, które pochodziły z nieuprzywilejowanych rodzin, których rodzice nie posiadali majątku, a więc nie dali im edukacyjno-kulturalnego wyposażenia, są w tym wyścigu bez szans. Pandemia Covid19 tylko wydobyła i pogłębiła nawarstwiające się problemy i nierówności społeczne. Kiedy dzieciaki z Warszawy, Krakowa czy Wrocławia mają e-lekcje prowadzone na Jamboardach, Quizletach i Kahootach, dzieciaki ze wsi i miasteczek najbiedniejszych województw: lubelskiego, podkarpackiego, świętokrzyskiego muszą zbierać stare laptopy, aby lekcje w ogóle się odbyły. Do tego są prowadzone przez niedoświadczonych, nieprzeszkolonych w używaniu narzędzi do zdalnej pracy nauczycieli, którym nigdy nie było po drodze ze zdobyczami techniki.

Problem zaczyna się w momencie narodzin

Rodzice mogą dać dziecku mniejsze lub większe zaplecze ekonomiczne i kulturalne. Potem dziecko idzie do szkoły, która może być dwujęzycznym oddziałem w centrum aglomeracji albo wiejską szkółką. Nauczyciele są bardziej lub mniej przygotowani do prowadzenia zajęć, mają też bardzo różne pojęcie o możliwościach, jakie są dostępne np.: w danej dziedzinie nauki. W małym mieście króluje wciąż kult medycyny i prawa, socjologię uważa się za bezwartościową i nie przynoszącą korzyści, o antropologii czy bioetyce raczej nikt tu nie słyszał. Z tym zapleczem dzieciak opuszcza mury liceum i efektem marnego nauczania jest marny wynik matury, który kwalifikuje go wyłącznie do podjęcia studiów na marnej uczelni. Marne wykształcenie akademickie nie pomoże w znalezieniu dobrej pracy. Do tego wszystkiego osoby z zapleczem finansowym mogą poświęcać czas na naukę, podczas gdy osoby bez takiego uposażenia spędzają każdą wolną godzinę dorabiając w knajpie lub sklepie. Pominę już kwestię koneksji, bo ich istnienie także należy przyjąć do wiadomości, choć nie jest to przedmiotem tego eseju.

Biorąc wszystkie pod uwagę wymienione w powyższych akapitach czynniki, ogromnie chciałabym usłyszeć jeszcze raz zdanie wypowiedziane z tą rozbrajającą wiarą w tylko własne zasługi: „Do wszystkiego doszedłem sam”. Nie, nikt z nas nie doszedł, bo budują nas pieniądze i ludzie, których spotykamy na swojej drodze. Co ciekawe – tytułem końca – to osoby bardzo przeciętnie usytuowane bronią dobrego imienia i sukcesu milionera, o którym czytają kolejny artykuł. I choć mit pucybuta-milionera jest mrzonką, to daje poczucie bezpieczeństwa, że kiepska sytuacja życiowa może kiedyś cudownie się odmienić. Zazwyczaj jednak nie odmienia się ona nigdy, aż do śmierci. A o śmierci klas społecznych będzie można mówić dopiero wtedy, kiedy raz na zawsze rozprawimy się jako cywilizacja ze zjawiskami klasizmu i nierówności. Czyli pewnie nieprędko.

W ramach tego miejsca w Internecie zajmuję się prawem, feminizmem, socjologią i etyką. Wkręty metryczne to moja gorąca miłość. Ostatnio jara mnie historia polskiej kolei i prowincjonalnych ruchów robotniczych. Moim wielkim marzeniem jest odwiedzić wszystkie kraje byłego ZSRR. Więcej o mnie przeczytasz w zakładce o tajemniczo brzmiącej nazwie "o mnie".

One thought on “„Do wszystkiego doszedłem sam” – czyli jak kłamią „ludzie sukcesu”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Do góry