[Lexmaruda pyskuje #5] Memem komuny nie obalisz.

Gdyby Wałęsa, Jan Paweł II, Kuroń, Mazowiecki i Modzelewski działali poprzez tworzenie memów, to nadal tkwilibyśmy w głębokiej komunie.

Instalacja: Solidarność. Muzeum Solidarności, Gdańsk.

 

Leżąc na huśtawce w niedzielne południe, czytałam książkę. „Biurwa” Kubryńskiej. Książka bardzo miła w odbiorze, porusza temat niewydolności polskich jednostek samorządowych, opieszałość, marazm i hiperprokastynację polskich urzędów. Myśląc o tym, że nasz kraj stoi na głowie i nie jest to bynajmniej kwestia wyłącznie ostatnich wydarzeń politycznych, rzucił mi się w oczy, a właściwie w uszy pewien zabieg dokonany przez polską, popularną stację radiową, eremefefem. Po wzmiance o Prezesie Kurskim i współczesnej władzy rozbrzmiały dźwięki piosenki-pomnika obalonej komuny – „Chcemy być sobą…” Perfektu. Nie wiem czy to było celowe, ale mnie to całkiem rozbawiło. A potem nastał wielki smutek.
 
Jak marionetki w theatrum mundi
Przewijając stronę główną Facebooka widzę mnóstwo antypartyjnych haseł, karykatur Prezesa, wyłapanych błędów lub kontrowersyjnych wypowiedzi przedstawicieli obecnej władzy, przekleństwa i boje zwolenników „dobrej zmiany” oraz ich przeciwników. Widzę prześmiewcze obrazki, widzę wyzwiska. Widzę jak Polak skacze Polakowi do gardła. I pierwszy raz w moim dwudziestokilkuletnim życiu naprawdę się boję. Boję się, że lada moment ktoś podpali tę wzrastającą w moc bombę i całą Polskę, którą dotąd znałam trafi szlag. Boję się, bo jestem zupełnie bezradna w tej sytuacji. Ja i 37 447 993 Polaków jesteśmy zupełnie bezradni wobec kilku osób, które niegdyś zapewniały, że walczą o uwolnienie od ciężkiej łapy Związku Radzieckiego, a dziś wpychają Polskę pod inną, ciężką łapę nowego autorytaryzmu.
 
Co czuję? Czuję trochę strach, trochę porządne wkurwienie, a trochę mi wstyd. Nie będę roztrząsać kto ma rację, a kto nie. Nie będę się spierać, że łączenie wielu kompetencji w rękach jednej osoby jest złe lub dobre; czy dodatki socjalne są w porządku, a może niekoniecznie; czy platforma była złem lub dobrem tego świata – nie to ma na celu ten tekst. Ja się po prostu boję, bo widzę, jak niedoskonałym systemem jest demokracja, jak groźną bronią jest populizm i jak bezradni jesteśmy, jak bardzo mali i nic nie znaczący wobec systemu. Jak marionetki w theatrum mundi.
Bieber rozbroił polską opozycję
Piosenka Perfektu znowu wzbudziła we mnie gniew i rozżalenie, że ktoś próbuje mi ukraść coś, co znam i kocham od wielu lat. Poczułam chęć buntu. Chciałabym podejść do towarzyszy Ziobry i Kaczyńskiego i wygarnąć im, że podzielili obywateli jednego państwa na dwa, wrogie obozy, że w Polsce zaczyna brakować powietrza, że ustawa o KRS to bestialstwo. Że Polska bardziej mnie uwiera niż mnie kocha. Że to nie jest już miejsce dla mnie i moich przyjaciół, bo większość z nas nie mieści się światopoglądowo w centylowej siatce polskości. Że niczym Stalin usuwający Jeżowa ze zdjęcia, retuszują historię i piszą ją na nowo. Że na półkach na Poczcie mogę dostać tylko błogosławione przez siostrę Anastazję książki kucharskie, poczet ważnych, polskich osobistości, w którym brak Lecha Wałęsy, różańce i książki o żołnierzach wyklętych. Że nie mam dostępu do rzetelnego źródła informacji jakim jest państwowa telewizja. Mogłabym tak wymieniać jeszcze przez dobrych kilkanaście minut. Ale moje rozgoryczenie ochłodziła w mgnieniu oka piosenka „Love yourself” Justina Biebera.
 
Co? Co ma do tego Justin Bieber? Ano całkiem sporo. Bo nasza walka przeciwko władzy, która ogranicza nasz dostęp do demokracji jest chwilowa. Na miejsce podniosłego hymnu wskakuje szybko piosenka, która wybija nas z rytmu i dzięki której zapominamy o całym złu, żyjemy, jak gdyby nigdy nic. Czujemy chwilową frustrację na wieść o całkowitym zakazie aborcji czy podwyżce cen paliw. Wychodzimy na ulicę, coś tam sobie pokrzyczymy, a potem sprawa przycicha. W międzyczasie w życie wchodzi szereg ustaw o znacznie większym znaczeniu. Rząd zamiata sprawę aborcji pod dywan, a my nie zrobiliśmy nic zupełnie, żeby chociaż tą jedną sprawę doprowadzić do końca. Nic nie zostało w tej kwestii ustalone. Kiedy nadejdzie chwila kryzysu władzy, znowu wyciągną ten gorący kamień i rzucą nam w ręce, żebyśmy się pozabijali.
 
Walka na memy
Wszyscy jesteśmy pochłonięci swoim życiem, swoją pracą, rodziną, imprezami i wystarczy jeszcze kilka chwil takiego marazmu i nieuwagi, a skończymy pod kolejnym zaborem albo w piwnicach Czeki dwudziestego pierwszego wieku. Opozycja w kraju nie istnieje. A nawet jak mówi, że istnieje, to kłamie. Gdyby Wałęsa, Jan Paweł II, Kuroń, Mazowiecki i Modzelewski działali poprzez tworzenie memów, to nadal tkwilibyśmy w głębokiej komunie. Walka wkurzonych Polaków jest krótkotrwała. Taki słomiany zapał. Jakby nikt nie wierzył, że wolność słowa, zgromadzeń, rynek kapitalistyczny są wartościami niestałymi, które można nam odebrać. Takie pokolenie – nam nikt nigdy nic nie zabrał. Czy naprawdę musimy stracić wszystko, żeby to docenić i dopiero wtedy zawalczyć o zwrot?
 
Mam wrażenie, że jesteśmy pionkami w grze, której Pan Kaczyński grający przeciwko reszcie świata nigdy nie skończył. Początkowo grali razem: Michnik, Kuroń, bracia Kaczyńscy, Macierewicz. W jednej drużynie prowadzili polityczną rozgrywkę próbując wyciągnąć Polskę ze szponów władzy ludowej. Ale w pewnym momencie Prezes zaczął strzelać do własnej bramki. W grze ma różne rodzaje broni: może obsadzać najwyższe stanowiska, ma do dyspozycji państwową telewizję, niekontrolowany zasób pieniędzy i różne postaci, które pomagają mu osiągnąć cel. Strach pomyśleć jak ta gra się skończy. Tylko, że w przeciwieństwie do gry, Polacy mają tylko jedno życie.
 
Podziel się:


Dodaj komentarz