Lekcje z podróży #4: Gdańsk. Inaczej nie znaczy źle. Morze, termos i kalesony.

Na dworze ciepło. Wszyscy już prawie zapomnieli co to znaczy minus dwadzieścia pięć stopni. Zapomnieli, bo nie chcą wracać do tych morderczych mrozów. Ja pamiętam, bo chcę pamiętać. Długo nie zapomnę najpiękniejszego wschodu słońca, jaki w życiu widziałam w mocno ujemnych okolicznościach meteorologicznych.

– Kochanie masz ochotę na śniadanie o poranku przy wschodzie słońca i krzyku mew? – Napisałam przed sylwestrowym wieczorem do mojego lubego.

– Chcesz jechać nad morze? Kiedy?

– Jak najszybciej.

– Ok.

Jeśli chodzi o podróże, mojego chłopaka nie trzeba specjalnie długo namawiać. Nawet jeśli jest środek zimy i właśnie ubździło mi się, że chciałabym wypić herbatę z termosu i zobaczyć wschód słońca na polskim wybrzeżu. Pociągiem od nas nad morze jedzie się około ośmiu godzin. Bilety, zwłaszcza ze zniżką studencką są śmiesznie tanie. 30 zł za niemal 600 km.

Nasz wyjazd miał miejsce dwa lata temu. Był to czas, kiedy nasze mamy jeszcze nie nawykły do naszych głupich pomysłów i dziwnych wyjazdów w dziwne miejsca o dziwnej porze. Były przerażone. Najpierw błagały:

-Dzieci, jest dwadzieścia pięć stopni na minusie. Zamarzniecie.

Potem próbowały wzbudzenia wyrzutów sumienia:

-W dupach wam się poprzewracało!

Na końcu były już realne groźby bezprawne:

-Jak będziesz chora to nie przychodź do mnie z płaczem.

Kiedy już zobaczyły, że żadne racjonalne argumenty do nas nie przemawiają, kazały nam założyć ciepłe kalesony, grube spodnie dresowe wysłane polarem, dwie pary skarpet, czapkę, rękawiczki, dwie bluzy, termoaktywną bluzkę i owinęły nam szyjki szalikami. A potem kopnęły w tyłek i krzyżyk na drogę. Od tamtej pory przestały je dziwić pomysły wyjazdów do Gruzji czy Bośni autostopem.

W głowie mieliśmy wizję wymrożonego wagonu i długiej drogi w warunkach antarktycznych. Jakież było nasze zdziwienie, gdy wiecznie nas rozczarowujące PKP, okazało się przytulnym, ciepłym gniazdkiem z pustymi wagonami, w których mogliśmy się rozłożyć niczym sułtani na złotych leżankach. Jednak taka podróż, choćbyś spał trzydzieści godzin, jest zawsze męcząca.

Wysiedliśmy obolali, zmęczeni i przeszczęśliwi na dworcu w Gdańsku. Termometr wskazywał -25 stopni. Była godzina 6:50.  Momentalnie skierowaliśmy się w stronę otulonego jeszcze zmrokiem przystanku tramwajowego i ruszyliśmy tramwajem nr 2 w kierunku przystanku Gdańsk Jelitkowo. Uśpiony Gdańsk siedział cicho w owym tramwaju. Dzieciaki z wielkimi tornistrami na plecach zdawały się umierać na myśl o zbliżających się sześciu godzinach lekcyjnych, zważywszy na niekorzystne okoliczności przyrody i nieludzką porę. Mój entuzjazm podróżniczy, który zazwyczaj okazuję ogólną trzęsiawką i obsesyjnym powtarzaniem „wycieczka! wycieczka! wycieczka!” szybko osłabł i po chwili leżałam nieprzytomna na krzesełku tramwaju. Mój wierny towarzysz niedoli w międzyczasie ratował świat, przytrzymując pokrywę instalacji elektrycznej tramwaju, który rozsypywał się coraz bardziej z każdym kilometrem. Uratował półżywych ludzi i umierające dzieciaki przed niechybnym spóźnieniem się do pracy i szkoły. Mój bohater.

Mój chłopak wyciągnął mnie ledwo przytomną z tramwaju i kazał mi iść w ten istnie sybirski mróz w stronę morza. Chciałam umrzeć. Płakałam, kopałam i gryzłam, aby tylko pozwolił mi jeszcze pospać z pół godzinki na kanciastym foteliku tramwajowym obitym w kiczowatą zasłonę. Nie pozwolił. On ewidentnie ma w sobie coś z Che Guevary albo Stalina. A przynajmniej tak myślałam w tamtym momencie. W sumie jest całkiem podobny. Załamana, dreptałam w dwóch parach spodni, wielkich buciorach i z trekkingowym plecakiem na plecach przez park dzielący nas od morza. Obudziłam się wraz ze wstającym słońcem. I to była jedna z najpiękniejszych widokówek w życiu. Morze jak morze. Ale to co wyczyniało w tamtej chwili niebo, było istnym szaleństwem. Całe było różowe. W jednych partach mocniej, w innych delikatniej. Od tafli wody, która praktycznie się nie poruszała, odbijała się delikatna poświata tego cudu w kolorze waty cukrowej. Nawet piasek miał różowy odcień. Było mi obojętne czy jest -15, -25 czy -100 stopni. Mam wrażenie, że przy tak niskich temperaturach nie ma to najmniejszego znaczenia. Słońce było krwistoczerwone i delikatnie wychylało się zza horyzontu. Dookoła panowała cisza. Ale była to cisza z gatunku tych wyjątkowych, przenikliwych. Cisza totalna. Wszystko stało w miejscu, jakbyśmy byli ruchliwymi elementami statycznej fotografii.

Młody Chce Guevara rozłożył kocyk. Było za zimno na konsumpcję kanapek z polędwicą sopocką, ale wystarczająco ciepło na kontemplowanie herbaty z cytryną i miodem. Siedzieliśmy i próbowaliśmy nasycić się tym widokiem. Albo przynajmniej ja, bo Che Guevara – jak to dyktator – nie przykłada zbyt wielkiej wagi do takich widoków i nie przeżywa ich tak głęboko. Ale też mu się podobało.

Gdyby nie dwudziestokilkustopniowy mróz zostalibyśmy dłużej. Nawet urządzenia elektroniczne odmówiły współpracy. Ruszyliśmy promenadą wzdłuż plaży. Nie spotkaliśmy nikogo, choć szliśmy dość długo. Już nie chciało mi się spać. Byłam upojona wielkim szczęściem, a moje zbiorniczki na doznania estetyczne zostały wręcz przepełnione. Dotarliśmy wreszcie do jakiegoś przystanku i stamtąd ruszyliśmy w kierunku rynku, który nota bene o tej godzinie jeszcze smacznie spał.

Tak właśnie rozpoczął się mój ognisty romans z Gdańskiem. Nie znając tego miasta wcześniej, zwaliło mnie z nóg. Co do lekcji podróży – to, że wszyscy piją grzańca na stoku w Zakopanem nie znaczy, że ty też musisz. To, że ludzie mają swoje utarte przekonania i sposoby na spędzanie wolnego czasu, nie znaczy, że to są jedyne słuszne przekonania i sposoby. Życie jest za krótkie, żeby tkwić w schemacie. Życie jest za krótkie, żeby nie zobaczyć pięknego zamrożonego Bałtyku i wschodu słońca nad nim.

Podziel się:


Dodaj komentarz