No właśnie, więc w czym problem?

fotografowała najlepsza Nina Kupis

O koszmarze depresji napisano już wiele razy i zrobiono to na wiele pięknych sposobów. Wielu ludzi opisze depresję o wiele lepiej ode mnie. Nakreśli sprawę bardziej obrazowo. „Mam na głowie kredyt – wtedy to się zaczęło”. „Umarła bliska mi osoba – to był początek mojej depresji”. „Wyrzucili mnie z pracy”, „Dziewczyna mnie zdradziła” i „Umarł mi chomik”. To wszystko brzmi tak spektakularnie dramatycznie. A więc jak mogłaby opisać depresję osoba, która ma w życiu wszystko, a nawet więcej?

Opowiedz mi swoją historię

-Uczę się, mam osiemnaście lat.

-Rodzina?

-Wspaniała, kochająca, wspierająca.

-Związek?

-Niezły.

-To w czym problem?

No właśnie, w czym problem? Nikt nie umarł, nikt nie zdradził, nikt nie okradł. Na pierwszy rzut oka wszystko jest ok. A mimo wszystko nadal czujesz w środku wielki kocioł, w jednym momencie umierasz wybuchając od kotłujących się emocji, z drugiej nie czujesz nic. Kołdra to prawdziwy przyjaciel, który odcina cię od bolesnej rzeczywistości, a sen to najlepszy kochanek, w którym zatapiasz się zawsze, gdy nie wytrzymujesz.

Czujesz się tak, jakbyś za chwilę miały odpaść ci ręce, nogi i głowa i zostałby z ciebie tylko obolały, nie mogący nic zrobić kadłub. Rozpoczynasz rajd po lekarzach. Ciśnienie niebezpiecznie spada. Jeden znachor faszeruje cię lekami na podwyższenie ciśnienia. Drugi twierdzi, że masz chorą tarczycę. Umieszczają cię na oddziale endokrynologii. Nikomu nawet przez chwilę nie przechodzi przez myśl, że to choroba psychiczna. Przecież ciśnienie, migreny, senność, płaczliwość to fizyczne objawy. A ty nie jesteś wariatką!

Przyjaciele to ważna sprawa w depresji. Najfajniejsi są ci, którzy stoją nad twoimi quasi-zwłokami i albo są tak głupi, albo udają, że nie widzą, że coś jest nie tak. Szarpią cię i próbują wyciągać na spacery i rozmowy o niczym, jednakowoż nie po to by faktycznie ci pomóc, ale dlatego, że akurat nie mają nic lepszego do roboty. Nie próbują nawet chcieć zrozumieć, co tak naprawdę się dzieje.

W końcu na pomysł zabrania cię do psychiatry wpada praktycznie obca osoba. Osoba, która choć chwilę żyła poza światkiem małomiasteczkowym i dopuszcza możliwość choroby psychicznej, a nie fizycznej. O ironio, widzieliście się wcześniej 2 razy w życiu. Znowu  idziesz do lekarza „po znajomości”. Siadasz. Przy zupełnie obcej osobie ubranej w biały kitel zaczynasz płakać. Nie płakać, a ryczeć, wyć i nie potrafisz tego powstrzymać. Nie wypowiedziałeś jeszcze żadnego słowa. Obca osoba siedzi i spokojnie podając ci chusteczki słucha z uwagą wszystkich twoich bolączek, rozczarowań i obaw. I kiedy zaczyna spokojnym tonem odpowiadać na twoje pytania wiesz, że po kilkumiesięcznej tułaczce po szpitalnych korytarzach, dziesiątkach wypisanych zwolnień lekarskich, setkach godzin nieobecności i hektolitrach wylanych łez, że znalazłeś się wreszcie we właściwym miejscu.

To jednak nie koniec, bo po wizycie u psychiatry musisz zmierzyć się ze światem. To o wiele trudniejsze, niż twój strach, demony i  skotłowane emocje. Prawdziwym wrogiem są ludzie stosunkowo bliscy. Starsze pokolenie zawsze na słowo psychiatra reaguje krztuszeniem, wybałuszaniem gałek ocznych i natychmiastowym poprawianiem cię „Doktorka”, „lekarz”, ale na pewno nie psychiatra. Przecież ty nie jesteś wariatką! A może ci się pomyliło, może tych chodzisz do psychologa? Na pewno ci się pomyliło – na pewno nie do psychiatry. Poza tym słyszysz, że to takie „normalne, przejściowe w tym wieku” desresje. Może to normalne, ale mało znam osób, które w tym wieku zażywają leki i chodzą na terapię. Dla bliskich to niewątpliwy cios, że w rodzinie mają wariatkę. Ich przyzwyczajanie się do twojego stanu zabierze dłużej niż cały proces leczenia. Ale w końcu się udaje.

Na depresję choruje się całkiem fajnie. Możesz w jednej chwili wypić podwójne espresso i setkę koniaku, zjeść czekoladę, a potem zasnąć i przespać cały dzień. W nocy też śpisz. Czy to nie wspaniałe? Nie krępują cię społeczne macki „tegocowypada”, możesz ubierać się jak chcesz, możesz się nie malować, nie czesać. Rewelacja. Za duży sweter? Super. Poplamione, porwane jeansy. O tak! Jednak poza tymi luksusami są też słabe strony. Ludzie cię unikają, płaczą na twój widok, wykańczasz ich. Zwłaszcza tych, którzy są najbliżej. Twoje osiemnaste urodziny to istny koszmar i tragifarsa. Wszyscy płaczą, ty wybiegasz z salonu, w którym leży na stole torcik z dumnie sterczącymi świeczkami „18” i zanosisz się płaczem. Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam!  Nikt nie wierzy w to, co śpiewa.

Impreza osiemnastkowa dla młodzieży jest jednak rewelacyjna. Podczas tejże imprezy trzy osoby pytają cię o namiary na twojego psychiatrę. I nie ma tu nic prześmiewczego. Nie oceniają cię. Nie szkalują. Nie wyśmiewają. Czujesz z nimi wielką więź. Wreszcie znalazłeś przyjaciół.

Co tak naprawdę się wtedy stało? Stało się bardzo wiele. Nic się nie stało. Nikt nie umarł, nikt nie zdradził, nikt nie okradł. No właśnie, więc w czym problem?

Podziel się:


5 thoughts on “No właśnie, więc w czym problem?”

  • Akurat depresja kliniczna nie ma nic wspólnego z czynnikami zewnętrznymi, to po prostu schorzenie, takie samo jak zapalenie płuc czy skolioza. Niestety ludzie chorzy na depresję mają dużo gorzej, bo są postrzegani jako właśnie wariaci albo przewrażliwieńcy. A przecież chory nie ma wpływu na to, że zachoruje. Objawy są koszmarne, poczucie bezsilności i przekonanie, że już nigdy się nie będzie szczęśliwym… Ale trzeba w sobie znaleźć siłę, żeby z tym walczyć. Mi pomogło właśnie przekonanie, że to stan, coś, z czego należy się leczyć, a nie czekać, aż ‚samo przejdzie’. Trzeba szukać pomocy! Jak masz raka to idziesz na chemię, a nie liczyć, że się wchłonie, prawda? Trzymam kciuki za wszystkich, którzy zmagają się z tą straszną chorobą! Dzięki za tego posta, Lexmarudo!
    • Też tak uważam, miałam wielkie szczęście trafić na znakomitego lekarza, a później na wspaniałą grupę przyjaciół, którzy mi pomogli. Będę im wdzięczna za to do końca świata i jeden dzień dłużej. I mojej rodzinie, która niczym Atlas trzymający ziemie, trzymali mnie w ryzach. Leczenie to jedyna droga, samo niestety nie przechodzi. Dziękuję ci za zainteresowanie Scandivandy, pozdrawiam ciepło! 🙂
  • Sporo odwagi kosztuje zawsze publiczne podzielenie się z innymi swoimi problemami. A gdy w grę wchodzą zaburzenia psychiczne i potencjalna łatka „wariata” – jest to tym bardziej trudne. Ale warto dawać takie świadectwa. Trzymam kciuki za proces zdrowienia 🙂
    • Też uważam, że warto się tym dzielić, bo można pokazać innym, że to nic wstydliwego. Ja na szczęście mam to już za sobą, a tekst dotyczy lat mocno przeszłych. Trochę wody w rzece zdążyło już upłynąć 🙂 Dziękuję, że tu jesteś, uściski! LM

Dodaj komentarz