[Lexmaruda pyskuje #6]: Podaruj sobie odrobinę luksusu, czyli mocz, brud, kiła i mogiła za 87,50 zł

Za czterogodzinny, przymusowy trening nóg płacę tyle samo co ludzie, którzy spędzą te cztery godziny w wygodnym fotelu pociągu. To taka sama sytuacja, jak człowiek, który chce kupić rybę i za kilogram dorsza płaci 20 zł, a zaraz po nim pojawia się klient, który chce kupić to samo, płaci tyle samo, a dostaje zamiast bielutkiego fileta śmierdzący, oblepiony śluzem rybi łeb.

Jeżdżę krajowymi pociągami bardzo często. Lubię nimi podróżować, mam do nich ogromny sentyment, odkąd pierwszy raz moja babcia zabrała mnie – małą dziewczynkę – do siebie pociągiem. Pracowała na kolei, miała zniżki, a między naszymi malutkimi miejscowościami była lina kolejowa, która bardzo prężnie działała. Zamknęli ją w 2006 r., a niegdyś piękne dworce, straszą teraz zabitymi metalowymi płytami oknami.

Ostatnio mówi się o tym, że w Polsce nie szanuje się obcokrajowców. Ale jak można szanować cudzoziemców, skoro nie szanuje się tu nawet własnych obywateli? Państwowe przedsiębiorstwa są zupełnie niewydolne, a paradoksalnie kosztują nas potwornie dużo. Choć konduktorzy bardzo często są wyrozumiałymi ludźmi i stają na rzęsach, żeby podróż minęła nam dość komfortowo, nie mają żadnego wpływu na funkcjonowanie PKP, planowanie rozkładów pociągów czy kwestie logistyczne. Ale po kolei.

Trasa Katowice – Warszawa Zachodnia – Katowice.

Przemierzam ją co miesiąc. Moja zniżka studencka to najlepsze co mogło mi się przytrafić w życiu. czterdzieści złotych polskich, zamiast osiemdziesięciu. No lepiej być nie może. Przychodzi jednak moment, że na legitymacji zabrakło pieczęci. Brak podbitego dokumentu bardzo mocno odcisnął się na mojej kieszeni. Wyłożyłam 87,50 zł na przewóz mnie i mojego psa i z ciężkim sercem wyliczałam w głowie z czego będę musiała zrezygnować w tym miesiącu. 87,50 zł to dużo, zwłaszcza dla osoby na studiach, która musi uporać się z różnymi wydatkami związanymi z uczelnią. Prosta konstatacja – nie masz legitymacji, jedziesz drożej. Rozumiem, nie mam żalu – są pewne reguły, trzeba się dostosować. Tylko do ciężkiej cholery, dużo szybciej i taniej byłoby pojechać autem. Czy pociągi nie miały być, w założeniu alternatywą dla spalinowej komunikacji? Tanio, szybko, komfortowo – to hasła niegdysiejszej kampanii reklamowej polskich kolei. 87,50 zł, cztery godziny, opóźnienie, a miejsce… na podłodze, przy osikanej, śmierdzącej toalecie.

Każdego dnia, z dworca Warszawa Zachodnia, o godzinie 16:16 odjeżdża pociąg do Katowic. Każdego dnia, a zwłaszcza w weekendy, pociąg o tej porze jest pełen pasażerów. „Pełen” jest dużym niedopowiedzeniem. Często jest mocno przepełniony, korytarzem nie da się przejść bez uprawiania morderczych zapasów. Ciągnę psa za sobą w poszukiwaniu miejsca siedzącego, na które niestety nie mogę liczyć. Otrzymuję luksusową lokację przy toalecie, której podłoga spływa moczem. Mocz wylewa się na korytarz. Nawet w przedsionku stoimy w 5 osób. Właściwie to 5,5 – jest jeszcze pies. Za stanie przez 4 godziny w śmierdzącym zaułku płacę 87,50 zł! Doczepienie wagonu albo dwóch, skoro na tej trasie zawsze jest taki ruch, jest niewykonalne! Nikt na to nie wpadł. Za czterogodzinny, przymusowy trening nóg płacę tyle samo co ludzie, którzy spędzą te cztery godziny w wygodnym fotelu pociągu. To taka sama sytuacja, jak człowiek, który chce kupić rybę i za kilogram dorsza płaci 20 zł, a zaraz po nim pojawia się klient, który chce kupić to samo, płaci tyle samo, a dostaje zamiast bielutkiego fileta śmierdzący, oblepiony śluzem rybi łeb.

Chopin w grobie się przewraca

Jeśli chcesz poruszać się między głównymi miastami Polski bez większego uszczerbku na objętości swojego portfela, możesz to robić tylko w najbardziej kretyńskich godzinach. Każde inne godziny, które jakkolwiek jesteś w stanie pogodzić ze swoim rozkładem dnia, nie wchodzą w grę. No chyba, że to nie problem wyłożyć na pendolino 200 zł w jedną stronę. Bo żadnego innego pociągu niestety nie ma w rozkładzie. Albo jest taki, który co prawda kosztuje mniej, ale zamiast dwóch godzin jedzie prawie pięć. Człowieku, który układa plany – jesteś Asem zarządzania! Nie każdego stać na to, żeby płacić takie bajońskie sumy i bujać się włoskim, pięknym Pendolino, w którym z radia leci Chopin, pasażer dostaje „darmową” butelkę wody lub herbatę, a obsługa jest jakby milsza, niż w TLK. Niektórzy mogą poświęcić komfort i godzinę kulturalną z największym polskim artystą na rzecz normalnej ceny biletu. Pendolino miało być w zamyśle konstruktora super szybkie, super nowoczesne, super komfortowe – czyli nie dla wszystkich. Dlaczego więc stała się jedyną opcją kolei polskich? Nikt nie wziął pod uwagę, że średnia pensja Polaka to 1600 zł. Bilet w jedną stronę to niemal 1/10 miesięcznej wypłaty Kowalskiego. Dlatego wymazanie wszystkich tanich połączeń z rozkładu i „ućkanie” go wysublimowanymi, nowoczesnymi superpociągami jest tak kretyńskie, że nawet miarę tego kretyństwa ciężko jest zmierzyć.

Rozumiem, że podróże koleją na początku dwudziestego wieku mogły nie być do końca komfortowe, że ludzie nie mieli miejsc siedzących, panowały ścisk, gorąc, duchota. Co zrobić, takie życie. Tyle, że mamy rok 2017, a niewiele się zmieniło! To uwłaczające żeby, niczym sardyna w puszce, stać cztery godziny w śmierdzącym przedsionku wagonu, opłukiwać buty uryną i modlić się o szybkie zakończenie podróży do domu. Nie wyobrażam sobie Niemca, który pozwoliłby sobie na takie traktowanie. Mój tata pewnie skwitowałby to tak: ja jechałem do uzdrowiska siedem godzin stojąc, więc nie narzekaj. Tylko bagatelizując problem braku szacunku do klienta, wygórowanych cen i koszmarnych warunków, niczego nie zmienimy. Może to malkontenctwo, może jestem rozpieszczona jak dziadowski bicz, ale dla mnie te warunki są po prostu skandaliczne.

Bij dziada, bij!

Jakość usług świadczonych za tę samą cenę, musi być powtarzalna. Jeśli ktoś jest zmuszony stać przez pięć godzin obok, za przeproszeniem kibla, nie powinien płacić takiej samej ceny, jak ci, którzy smacznie śpią w fotelu. Za 87,50 możesz czatować na wolne miejsce i musisz się godzić się na wyzwiska pod swoim adresem, kiedy do pociągu wsiądzie prawowity właściciel miejsca. Co za komfort, co za wygoda!

To, że zapełnicie rozkład pendolinami, to nie spowoduje, że zarobicie więcej. A gdyby tak kolej była na wyciągniecie ręki, dla dostępna dla każdego? Pociąg stałby się bardziej popularny od samochodów. Ulice odkorkowałyby się, a środowisko naturalne odetchnęłoby z ulgą. To możliwe. Ale nie za te pieniądze. Ja osobiście wolę pokonywać dłuższe trasy pociągiem, bo nie muszę ślęczeć za kierownicą 8 godzin, gdy wybieram się nad morze. Ludzie, gdyby bilety były w przystępnych cenach, z pocałowaniem dłoni wybraliby pociąg.

Po trzecie: skoro ciągniemy z UE dotacje pieniężne, to osiągnijmy wreszcie standardy europejskie. Śmierdzące uryną, brudne i paskudne toalety stały się chyba symbolem polskich kolei. Od premiery Dnia Świra, kiedy to główny bohater próbował załatwić w pociągu podstawową potrzebę, niestety z niepowodzeniem, niestety nic się nie zmieniło. A minęło 15 lat.

Gdyby pociąg był czysty, szybki, tani, komfortowy… ale nie jest. Piszę ten tekst, przemierzając trasę Katowice-Częstochowa, pociągiem czule nazywanym przez Katowiczan „kibelkiem”. Domyślcie się dlaczego.

Podziel się:


Dodaj komentarz