Rzecz gorsza od zdrady.

  • Nie. Nie tym razem. Nie. Nie zrobię tego. Nie przeproszę. Nie zawalczę. Ileż razy mogę walczyć? Niech on się postara. Niech coś zrobi dla tego związku.
  • Może ty byś coś zrobiła?
  • Ja? A z jakiej okazji? Ja się nie będę dla niego poświęcać.
  • Nie. Nie tym razem. Nie. Nie zrobię tego. Nie przeproszę. Nie zawalczę. Ileż razy mogę walczyć? Niech ona się postara. Niech coś zrobi dla tego związku.
  • Może ty byś coś zrobił?
  • Ja? A z jakiej okazji? Ja się nie będę dla niej poświęcać.

Duma. Zdrada to przy tym małe piwo.  Zdrada to często efekt jakiegoś zapomnienia, albo zauroczenia trwającego kilka chwil. To czasami skutek zbyt grubej alkoholowej libacji. To też czasem zwykła głupota. Albo efekt tego, że w związku coś się popsuło i nie działa jak powinno. Bo zdradę możesz wybaczyć i dalej żyć albo huknąć pięścią w stół i zostawić to za sobą. Przy okazji dumy także można zdecydować: albo przetrwamy, albo wywalam ten związek do kosza. Tylko nawet jeśli zostawisz tę relację za sobą, to w najbliższej przyszłości wejdziesz w kolejną i problem pojawi się znowu. Będziesz zmieniał – być może wartościowe związki – aż znajdziesz osobę, która ci się podporządkuje w całości. Tylko czy tego chcemy w życiu? Totalitaryzmu?

Najgorzej, jeśli obydwie strony są dumne do granic możliwości. Czy wtedy da się to uratować i czy w ogóle jest sens o to walczyć?

Dla mnie duma w związku to po prostu straszna dziecinada. Ale żeby nie trywializować tematu: jak ciężko jest z tego wyrosnąć! Dumne są dwudziestoletnie gówniaki, których silne osobowości toczą bój o dominację w związku. Duma w związku to po prostu strach przed byciem zdominowanym. Strach przed podporządkowaniem. Zwłaszcza w pokoleniu, które wyrastało w przekonaniu o własnej wyjątkowości. Same Chrystusy narodów przyszły na świat między rokiem 1990-1995. Potem rzeczywistość boleśnie weryfikuje starcie tychże dzieci bożych, bo okazuje się, że takich okazów jak oni jest na pęczki. Cały szwadron samych wyjątkowych ludzi. I jak tu być tym najwyjątkowszym?

Chcielibyście poznać odpowiedź na pytanie: „Jak się tego pozbyć?”. Ja też. Po niemałym pomyślunku dochodzę do wniosku, że są dwie opcje. Jedną z nich jest szukanie do skutku osoby „idealnej”, która nie będzie ci wchodzić w paradę, która nie będzie próbowała cię na siłę zmieniać i naginać, która nie stłamsi twojej wyjątkowej osobowości swoją wyjątkowością. Różni są ludzie, prędzej czy później kogoś takiego znajdziesz. Tylko czy to jest wyjście? Szukać człowieka, którego życie możesz kreować jak żywot lalek w domku przed dwunastoma laty? Owszem wyjście to jakieś jest, tylko czy dobre? Czy satysfakcjonujące? Z autopsji wiem, że niekoniecznie. Po paru miesiącach zachłystywania się swoją mocą sprawczą, zacznie cię w końcu irytować jego ciągłe pytanie o wybór spośród papieru toaletowego o zapachu rumianku lub lawendy, a ciągłe planowanie „po swojemu” stanie się uciążliwe i frustrujace – tak, jakby tylko tobie zależało na tej relacji. Ciągle wychodzisz z propozycją, ciągle wymyślasz, rezerwujesz bilety, tryskasz pomysłami, a w zamian za to spotykasz się tylko z biernym potakiwaniem pustą makówką. Życie z takimi ludźmi jest fajne, ale tylko dla osób mało wymagających. Pozostaje więc druga opcja.

Można walczyć. Można zagryźć wargi i ustąpić ten jeden raz. Ale potem ta presja oczekiwań, że skoro raz ustąpiłeś, to teraz druga osoba też musi. Że twoje ustąpienie było gabarytowo o wiele większe i wymagało od ciebie większego poświęcenia. Zatem partner – wypadałoby żeby poświęcił się tak samo, lub dwa razy w mniejszych rozmiarach. Jak się nie poświęci, to święta wojna. Najgorszym, w co można w związku popaść to rozliczanie. Księga rozchodów i przychodów. Punktowanie sobie swoich przykładów poświęceń i ich braku. Nie przyjechałaś? Nie przyjadę i ja. Dla zasady. 0:1. Ile razy byłaś u mnie w domu? Zatem spotkamy się u mnie albo wcale. 0:2. A ty, kryształowy chłopcze? Ile razy wystawiłeś mnie do wiatru? 1:2. Co zmieniłeś dla naszego związku? 2:2. Przerzucanie się nawzajem własnymi zasługami może przyprawić o zawrót głowy. I doprowadzić do rychłej miłosnej hekatomby. Socjalizm w samym założeniu nie był taki głupi, ale wykonanie zawiodło. Dzielenie wszystkiego po równo i rozliczanie, czy aby komuś nie przybyło nazbyt wiele to wprowadzanie do związku socjalizmu. Związek Radziecki miał ponad 22 miliony kilometrów kwadratowych, ale socjalizm na dłuższą metę nie zdał rezultatu i związek się rozpadł. Socjalizm to utopia i nigdy nie zadziała w praktyce. A zwłaszcza, jeśli mowa o związku dwóch osób.

Życie nie po to jest, żeby tracić je na wieczne bycie w konflikcie. Na podkładanie sobie nóg. Na rozliczanie. Na bycie dumnym. Przez dumę, ale tę głupią dumę, omija nas tyle fantastycznych momentów i przeżyć. Ludzie po latach uświadamiają sobie jakimi byli kretynami. Jak wiele stracili tracąc siebie nawzajem. Jakby ktoś urwał im rękę i zabrał ją ze sobą. I teraz śmigamy po tym smutnym łez padole wyposażeni w jedną rękę i to w dodatku lewą*. Niektórzy ludzie budzą się w porę i zmieniają swoje zachowanie. Niektórzy rozstają się by przemyśleć, dojrzeć i zmienić siebie, by być gotowym do wejścia kiedyś w związek. Nawet z tą samą osobą. Tylko zanim dojrzeją – różnie to bywa. Czasami jest za późno.

Podziel się:


1 thought on “Rzecz gorsza od zdrady.”

Dodaj komentarz