Święta niewierzących.

Może się to wydawać wydumany problem, ale osoby niewierzące lub wierzące inaczej niż reszta homogenicznego, katolickiego społeczeństwa za każdym razem, kiedy zapraszasz je na ślub czy pogrzeb, dzielisz z nimi stół wigilijny czy spacerujesz alejkami cmentarza 1 listopada, czują się w tej sytuacji niekomfortowo. No bo jak tu czuć się pewnie, wygodnie, kiedy wszyscy wokół się modlą, pan przewodnik duchowy wygłasza moralitety z ambony, a ty czujesz, jakbyś znalazł się na obcej planecie i wszystkie słowa lecą gdzieś w pustą przestrzeń, obok ciebie. Mimo, że dużo na ten temat myślę, to nadal nie doszłam do żadnego zadowalającego mnie rozwiązania.

Pogrzeb. Nie ma mowy, żeby w nim nie uczestniczyć, zwłaszcza, jeśli nieboszczyk był bliską nam osobą. Wieńce, sztuczne chryzantemy, śmierdzące plastikiem namiastki żywego igliwia. Zapach świec i majestatu kościelnego budynku. Promienie słońca przebijające się przez kolorowe szkiełka witraży. Żałobne pieśni. Płacząca rodzina. Chcesz w tym wszystkim być całym sobą, bo tak trzeba. Bo to świadectwo twojego szacunku do zmarłego. Ale stojąc w ciemnym zaułku kościoła, gdzieś między tylną ścianą konfesjonału a stojakiem na świąteczne chorągwie, ciężko jest się poczuwać do bycia częścią ceremonii. Można przyrżnąć dzika i się schować, ale to głupie. Spróbuj zatem usiąść gdzieś w ławce i nie klęknąć, gdy wszyscy klękają, nie wstawać, gdy wszyscy wstają i nie wykonywać znaku krzyża, gdy wszyscy znak krzyża wykonują. I znieść te wszystkie wrogie spojrzenia i komentarze o tym „jak nie umiesz się zachować w takiej chwili!”, które niczym sztylety lecą w twoją stronę. Spróbuj człowieku sam sobie umrzeć jako ateista i nie trafić na katolicki cmentarz. A, no tak, pozostaje jeszcze kwestia nadgorliwej rodziny, która czy chcesz, czy nie i tak pochowa cię we „właściwym miejscu” i będzie liczyła na cudowne uzdrowienie twojej diabelskiej duszy.

Ślub. Nawet osoby niewierzące biorą takie śluby [kościelne]. Bo to taka tradycja. Biała sukienka, majestatyczny budynek, ciotka z babcią pochlipujące ze wzruszenia w pierwszym rzędzie drewnianych, niewygodnych ławek. Poruszające wykonania organisty. Wypasiona fura przyozdobiona wiechciem kwiatów i stylową kokardą. Witanie chlebem, rzucanie kieliszkami, zabawa do rana. A następnego dnia znowu zabawa. Ślub cywilny nie może się w ogóle równać z majestatem ślubu kościelnego. To taki niby-ślub. Podrabianiec. Nie o tym marzy od najmłodszych lat każda dziewczynka [sic!]. Jako „przeciętny niewierzący”/przyjaciel dostajesz zaproszenie na ceremonię zaślubin i mikro-zawał serca w zestawie. I powtarzasz idiotyczny schemat ostatniego pogrzebu, czując się jak słoń w składzie porcelany, nieudolnie próbując imitować drewniany stojak na chorągwie. Przecież lubisz tych ludzi, chcesz widzieć ich szczęście! Chcesz być przy znamiennym „tak” i słodkim pocałunku. To nie ich wina, a wręcz ich prawo do brania ślubu w wybranym obrządku. Tylko jak się w tej chwili zachować? Co zrobić z rękami? Udawać, że się modlisz? Poruszać ustami?

Jak nie obchodzić Wiglii, kiedy obchodzą ja wszyscy w domu? Co, w pokoju zostaniesz? Włączysz sobie telewizor, gdy oni będą śpiewać kolędy? Nie. Siedzisz przy stole, wcinasz wigilijne przysmaki, cieszysz się wspaniałą, rodzinną atmosferą. Spotykasz dawno niewidziane osoby, rozpakowujesz z wypiekami na twarzy prezenty. Przecież to najpiękniejsze święta w roku! Pomijając aspekt wiecznego, nieprzebłaganego focha swojej babci, po prostu nie chcesz ingerować w tę sielankę. Chcesz każdego roku spotykać się przy tym stole z najważniejszymi osobami. Czy to czysty egoizm i wygodnictwo? Może tak. Czy to hipokryzja – bardzo prawdopodobne. Dlatego niewierzący w Polsce praktycznie nie istnieją, ponieważ nie mają jak zamanifestować swojej odrębności i zaznaczyć swojej obecności w społeczeństwie, którego każdy aspekt od narodzin, przez komunię w okresie szkolnym, śluby aż po śmierć jest podporządkowany jednakowemu obrządkowi. Mam wręcz wrażenie, że niewiara jest traktowana jako sztuczny problem i przejaw fanaberii, na którą wszyscy patrzą z przymrużeniem oka. Można te obrządki negować i nie brać w nich udziału, ale jednocześnie narazić się na przykrości rodzinne i pozbawić siebie samego możliwości spotykania ukochanych ludzi. Można stworzyć swój własny obrządek, można celebrować Dni Darwina i inne racjonalistyczne święta, ale i tu spotkasz się z niechętnym odbiorem społecznym – jak to, ateiści świętują? Robią sobie swoje quasi-święta, niby-wigilie, pół-ceremonie? Czyż świętowanie nie jest w pewien sposób nierozerwalnie związane z religią? Schizofrenia. To jedyne, co nasuwa mi się na myśl.

Niedługo Wszystkich Świętych. Im jestem starsza, tym większy szacunek mam do tego święta. Jako mała kulka z czerwonymi pyzami pamiętam ten dzień jako jeden z największych koszmarów mojego dziecięcego życia: zimno, mokro, szaro, ciepłe, eleganckie rajtuzy, których nienawidziłam i te paskudne, duże obwarzanki. Lubiłam tylko te małe, z makiem. I ciężka torba małych świeczuszek, które trzeba było ciągać za sobą po całym cmentarzu. Zapalanie ich na grobach ludzi, o których istnieniu nie miałeś najmniejszego pojęcia. Paluszki poparzone od nieumiejętnie zapalanych zniczy. Tłum ludzi i brak miejsca do zaparkowania. Błoto. Ile jeszcze zostało świeczek? Trzy. To obskoczymy jeszcze tego Kowalskiego. Była jedna rzecz, która ratowała ten dzień – obiad w legendarnej restauracji „Stylowa”. Barszcz z uszkami, którego smaku podrobić nie sposób i pierogi, a dla starszych  placki po węgiersku. To był stały punkt programu. Mój świat rozsypał się na kawałki, kiedy „Stylową” zamknięto. Niemniej, nadal w tym święcie uczestniczę. Jakoś uporałam się z utratą barszczyku, ale nadal mi jakoś tak wewnętrznie kiepsko. Wchodzę na cmentarz, nadal bez większego entuzjazmu, jednakowoż z szacunkiem. Zastanawiam się, jaki poziom hipokryzji prezentuję zapalając świeczki na grobie dziadka. Przecież to bardzo religijne zachowanie. A i kocham spacery wieczorem po cmentarzu, kiedy cały plan rozświetla bajeczna iluminacja małych płomyczków.

Ateizm w Polsce przybrał formę paradoksu kłamcy. Czy jak kłamca mówi że kłamie, to kłamie czy mówi prawdę? Pozornie nierozwiązywalne, choć jakieś tęgie głowy natrudziły się i znalazły rozwiązanie. Czy jak ateista jest ateistą to powinien negować wszystkie święta, a może stworzyć własne i udawać wigilię, jak tofurnik udaje klasyczny sernik? Może i w przypadku osób niewierzących uda się wypracować jakieś kompromisowe stanowisko?

Czasami jest mi nawet przykro, że jakoś tak mi z wiarą nie po drodze, bo czuję się wykluczona, ale przede wszystkim mam wrażenie, że coś mnie omija. Że nie przeżywam tych świąt w pełni. Choć staram się to robić jak najbardziej intensywnie. Ale z drugiej strony wychodzi na piedestał to, co cenię sobie najbardziej – ludzi. Miłość. Atmosferę. Pamięć. Czy to coś złego, że świętuję dla ludzi i z ludźmi? Pewnie spora część osób zarzuci mi, że zanadto przejmuję się opinią społeczeństwa i że powinnam świętować tak jak mi podpowiada serduszko. Mielibyście sporo racji. Ta opinia nie bardzo mnie obchodzi, jednakowoż chciałabym swoją postawą móc prezentować dość klarowny obraz moich przekonań i spójny wizerunek mojej osoby. Wszyscy mówią, że się nie przejmują opinią innych i że nie dają się omotać społecznym oczekiwaniom, a prawda jest zgoła inna – przejmują się i dają omotać.  Myślę, że mój dyskomfort wynika także z tego, że zależy mi na bliskich, z którymi dzielę ważne chwile i swoją nieumiejętnością zachowania się w tej trudnej sytuacji mogłabym ich zranić.

A tytułem końca: zastanawiam się, ile w tej całej tradycji, w tych wszystkich bajecznych, pompatycznych ślubach  kościelnych i pięknych pogrzebach w cieniu krzyża, tak naprawdę jest wiary, a ile przyzwyczajenia i zwykłego, słabego, ludzkiego konformizmu? Zastanów się, bo za chwilę znowu 1 listopada i trochę wstyd deklarować się jako osoba wierząca, nie mając jednak z osobą wierzącą nic wspólnego.

Podziel się:


2 thoughts on “Święta niewierzących.”

  • Stylową zamknięto? :< Smutno.

    Kiedy zaczynałam utożsamiać się z ateizmem (czas 13-15 lat) budził się we mnie bunt przy stawianiu choinki w moim pokoju czy przed zjedzeniem jajka w Wielkanoc. Chciałam, żeby nikt mi już tego nie zarzucił, bo jedyny argument innych dzieci w takim wieku to był „a prezenty pod choinkę to byś chciała”.

    Musimy jednak pamiętać, że choinka to wynalazek pogaństwa, a to, co się wykształciło, to nie tylko religia, ale również tradycja. Jeżeli coś mi nie szkodzi (jak palenie na stosie), a jest tradycją – niech funkcjonuje wokół mnie. Ba, od kiedy się wyprowadziłam z domu rodzinnego i przyjeżdżam tam tylko na święta – bo w końcu tym jest uwarunkowane wolne w naszym kraju – jest inaczej. Teraz sama sobie kupię małą choinkę, mimo, że jesteśmy ateistami. Dlaczego? Bo marzy mi się taka atmosfera jak w święta, tylko bez kłótni i sporów. Religii w świętach rodzinnych zawsze było minimum – poświęcenie jajka, a na Boże Narodzenie kupienie opłatka (bo chyba jest święcony czy coś?). Zero kolęd, pasterek i innych wynalazków. Wspólny czas, kolacja, ozdoby – jestem za komercyjnymi świętami. Za zwyczajem. Chińczycy też lubią sobie dla picu zrobić Boże Narodzenie. Plus jest taki, że czuję się wolną osobą. Jeden rok – jasne, mogę jechać na święta. Ale wiem, że jak mi się zachce, to możemy te święta potraktować jako leniwy urlop, i mnie to nie zaboli.

    Na ślubach i pogrzebach nie chowam się w rogu. Nie siadam na samym tyle, tylko gdziekolwiek, w jakiejś ławce. Wszyscy klękają – ja nie. Ale to ich religia i racja, a to trzeba szanować – szanować, nie kopiować. Swoją obecnością chyba nie urażam świata? Na początku rodzina patrzyła zabójczym wzrokiem, ale przez prawie 10 lat przyzwyczaili się. Następne pokolenie już nie będzie musiało się przyzwyczajać, bo wśród inteligentnych ludzi w moim otoczeniu (lekarzy, IT czy ludzi po jakiś ambitnych studiach) ciężko jest znaleźć kogoś wierzącego bądź w najgorszym przypadku mało otwartego na ten temat. Na razie wciąż istnieje problem wierzących bądź wierzących-bo-inni-tak-robią rodzin, które nie kumają innego światopoglądu niż ich własny. Odmienność dla nich jest obciachem przed sąsiadem. Odmówienie bycia chrzestnym to tragedia taka, jakby ktoś temu dziecku śmierci życzył czy go okaleczył.

    Problem z ateizmem w kraju wyznaniowym jest taki, że mała religia to wciąż religia, i jest dużo łatwiej zauważalna, bo się łączy i działa. Ateizm to luźne hasło, które nie łączy ludzi w jakiś szczególny sposób, po prostu jest. Prędzej antyteizm miałby siłę przebicia. Ba, w Polsce, gdzie dziecko ma narzucaną religię w wieku poniżej roku, mnóstwo jest katolikami mimo woli. Apostazja? Magiczne, przeklęte słowo, na które księża wzywają rodzinne krucjaty w małych miejscowościach, żeby zmienić zdanie delikwenta. Zero ochrony danych osobowych czy nawet uszanowania woli… Oczywiście w trosce o życie wieczne (w końcu po apostazji dostaje się ekskomunikę).

    • Bardzo ci dziękuję za ten rzeczowy i wyczerpujący komentarz. Dzięki blogowi widzę, że jest dużo osób myślących w podobny sposób do mnie,a to dodaje otuchy 🙂

      Bardzo podoba mi się to stwierdzenie, że religia łączy, a ateizm jest luźnym powiązaniem ludzi. Tutaj niestety religia wygrywa w przedbiegach. Jednak mam wrażenie, że współczesne święta odbiegają znacznie od tradycyjnego kanonu w jaki sposób należałoby je spędzić i mało w nich religii, więc puszenie się, że obecność ateistów jest przy stole wigilijnym hipokryzją mało mnie przekonuje. Dla mnie święta to właśnie ten spokojny, rodzinny czas bez kłótni, zapachy, smaki i ciepło świec. To też miła, świecka tradycja spędzenia wspólnie uroczystej kolacji raz do roku. I tyle. Nie widzę także, żebym swoimi przekonaniami jakoś zaburzała ten schemat i robiła komuś krzywdę, toteż w grudniu znowu udzieli mi się świąteczna atmosfera i będę piekła pierniki i obdarowywała ważne dla mnie osoby. I tak, masz rację, że ta pozorna świątobliwość zniknie wraz ze starszymi pokoleniami, bo coraz mniej ludzi praktykuje religię i coraz mniejszej ilości ludzi chce się udawać bogobojność, nikogo juz nie obchodzi co powie sąsiad 🙂

      Pozdrawiam ciepło 🙂

      #stylowa[*]

Dodaj komentarz