Udawanie, że pewne rzeczy nie istnieją, nie sprawi, że one znikną.

fociłam ja, pozowała W. Kacwin
kobiecość społeczeństwoLeave a Comment on Udawanie, że pewne rzeczy nie istnieją, nie sprawi, że one znikną.

Udawanie, że pewne rzeczy nie istnieją, nie sprawi, że one znikną.

Kiedy tak sobie myślę o tym, co się dziś dzieje w moim kraju, a nawet szerzej – na świecie, próbuję na samym końcu tej złożonej społecznej konstrukcji dojrzeć jakiś punkt, z którego wszystko wzięło swój początek. Myślę tu o procesie jaki zaszedł w naszym społeczeństwie i jaki obserwujemy. Jeszcze w latach 90. XX wieku kiedy dorastałam, świat wyglądał zupełnie inaczej. Nie wiem oczywiście na ile moje wyidealizowane retro-kadry widziane oczami wyobraźni rzeczywiście oddają charakter tamtych lat, ale wszystko zdawało mi się być prostsze.

Miałam mamę, tatę i brata. Chodziłam do przedszkola, potem szkoły. Miałam kolegów i koleżanki, a oni mieli swoje mamusie i swoich tatusiów. Pamiętam lekcje „Wychowania do życia w rodzinie” i podręczniki, z których dowiadywaliśmy się, że jedyne możliwe życie to życie w małżeństwie. Oczywiście heteroseksualnym. Ale nie mam żalu do nauczycieli, że nie poruszyli wtedy tego tematu – pochodzę z malutkiego miasteczka w województwie świętokrzyskim – nawet w 2020 roku ludzie mówią tu słowo „gej” przyciszonym głosem.

Obraz jedynej słusznej rodziny jaki wynosiliśmy z zajęć to mama, oczywiście najlepiej zajmująca się domem, tata pracujący i ich potomstwo. Jaki to był szok, kiedy nasz region zaczął się masowo wyludniać z powodu emigracji zarobkowej i otwartych granic do państw Unii Europejskiej, a 80% dzieciaków zostało bez co najmniej jednego rodzica. Obrazek „idealnej rodziny” był wypalany w wyobraźni, ale nijak nie pasował do rzeczywistości. Tatusiowie wracali do kraju od wielkiego dzwonu, a nieraz nie wracali wcale. Opiekę i te słynne „wzorce przekazywane przez rodziców heteroseksualnych” przekazywały teraz mamy, babcie i ciocie.

Z podręczników dowiadywaliśmy się, że dziewczynki wolniej „łapią” matematykę, że są odpowiedzialne bardziej za ciążę niż chłopcy, bo są ‘glebą’, a chłopcy „siewcami”; że najwłaściwszym miejscem dla inicjacji seksualnej jest małżeństwo, a ginekolog to nie dentysta, więc nie trzeba regularnie do niego chodzić. (To nie ja sobie uroiłam te farmazony, możecie o nich poczytać TUTAJ. Tak, w mojej szkole uczyliśmy się z dokładnie tych podręczników). Od katechetki, która uczyła nas o życiu w rodzinie (sic!), dowiadywaliśmy się, że tylko osoby najsłabiej wykształcone są skłonne do seksu pozamałżeńskiego. Oczywiście bez wymawiania słowa „seks” wprost.

Do naszej szkoły przychodziły panie, które miały nauczyć dorastające panny obycia z menstruacją i raczyły nas próbkami popularnych tamponów i podpasek. Oczywiście kończyło się na tym, że dziewczynki wychodziły z klasy purpurowe na twarzach z „pudełeczkami wstydu” w rękach, które miałyśmy wykorzystywać do ukrywania środków higienicznych przez bystrym okiem kolegów, bo powszechnie wiadomo, że są to rzeczy ogromnie ośmieszające, a ów koledzy wyrywali nam te pudełeczka i przyklejali podpaski na ścianach szkolnych korytarzy i sprawiali, że naturalny proces stawał się dla nas katorgą i powodem do wstydu na wiele następnych lat. Ale przecież „chłopcy tak mają”.

Miałam szczęście jeździć na wycieczki zagraniczne na wakacyjne obozy. Pamiętam jak mama usadziła mnie naprzeciwko siebie przy stole i opowiadała na dzień przed pierwszym takim wyjazdem, że chłopcy mogą „czegoś” ode mnie chcieć; że mogą chcieć robić „to” i że ja nie im na „to” pozwolić  „bo ciąża” i to byłby koniec świata, będę bardzo cierpieć i że byłoby to kompletnie straszne, bo wiązałoby się to dla mnie z ogromną krzywdą. Oczywiście nie mogłam być podmiotem ów tajemniczych czynności, byłam naturalnie przedmiotem, obiektem, któremu coś miało zostać zrobione. Miałam chyba z 13 lat, kompletnie nie byłam zainteresowana nawiązywaniem jakiś intymnych relacji, miałam dość mgliste pojęcie czym jest ów „TO”, a jedyne co czułam przez całą noc poprzedzającą wyjazd na długo wyczekiwane wakacje, to strach, bo czułam się jak łania puszczona na pożarcie wilkom – od tamtej pory życie stało się dla mnie areną walki i uciekaniem przed zagrożeniem ze strony samców, którzy nie potrafią panować nad przepotężną siłą popędu płciowego. (To całkiem zabawne, bo popęd seksualny jest tak silny, że nie da się go kontrolować, ale oczywiście ludzie o płci żeńskiej muszą ten popęd tłumić i to jest ich psi obowiązek, bo inaczej będą nazywani „rozwiązłymi”).

Gdy 12 lat później, wieczorem szłam ulicami na przedmieściach Baku w Azerbejdżanie w spodenkach odsłaniających moje ponętne kolana (nawet nie uda) i z plecakiem na plecach, a stada mężczyzn (bo tylko oni byli obecni na ulicy, kobietom nie wolno wychodzić o zmroku), wlepiali we mnie oczy i zaczepiali mnie – czułam się dokładnie jak wtedy w wieczór przed wyjazdem na kolonie – ogromny strach spowodował, że zapomniałam o całej radości z podróży na wschód. Cały czas zastanawiałam się czy dziś ktoś mnie skrzywdzi i jak sobie z tym poradzę będąc ponad 3 tysiące kilometrów od domu. To nie tylko moje odczucie – jakaś aktywistka zadała ostatnio pytanie w swoich social mediach, jak według obserwatorek wyglądałby świat, w którym nie byłoby mężczyzn, a najbardziej popularną odpowiedzią była ta, w której dziewczyna wychodzi wieczorem pobiegać, swobodnie zakłada słuchawki na uszy i biega, cieszy się tym i nie boi się, że nie dosłyszy zbliżającego się zagrożenia. Nie zrównuję oczywiście wszystkich mężczyzn z oprawcami i nie żywię urazy do płci przeciwnej, niemniej jestem w stanie ten strach zrozumieć, bo sama mierzę się z nim od wielu lat, a taki poklask dla tej odpowiedzi wydaje mi się być znamiennym.

Chciałabym móc nonszalancko zrzucić winę na chrześcijan – że ubrali nas, ludzi, w jakąś chorą, cholernie krępującą szatę udawanej cnotliwości i czystości. Że w ogóle uznali seks za coś złego. Jednak dokładnie to samo zaobserwowałam w kręgu kultury islamskiej. Nawet starożytni Grecy mimo, że mieli dość liberalne podejście do relacji seksualnych, uważali, że popędliwość człowieka i kierowanie się zmysłowością jest koniec końców zgubne i powinno być w jakiś sposób kontrolowane. Retor Atenajos z Naukratis, postulował, aby chłopcy w wieku około 14 lat, zajęli się ćwiczeniami, a nie seksualnością: „ponieważ produkowanie spermy zaczyna się w tym wieku i gwałtowne żądze pchają młodzieńców do stosunków seksualnych, ćwiczeń fizycznych winno być tak wiele, iżby, przyprawiając o zmęczenie ciało i ducha, pomogły w zarodku zdusić młodzieńcze żądze“. O kobiecej seksualności w historii wymownie będę milczeć, tak jak milczano przez grubo ponad 2 tysiące lat. Ale już tutaj widzimy nakaz „duszenia żądz”. Myślę więc, że ten proces rozpoczął się o wiele wcześniej. I nie wiem z czego wynika, ale generuje to dalekosiężne skutki.

I dochodzimy wreszcie do lat bieżących, o których mówi się jak o rozpadzie wszelkiej moralności. Że rozpasały się te wszystkie „herezje” i „zboczenia”, pojawiają się te straszne „homozwiązki”, „patchworkowe, nieszczęśliwe rodziny”, a obecnie mamy do czynienia z  największą liczbą rozwodów w historii i jest to postrzegane jako coś strasznie złego. Antropolodzy obserwują z niepokojem zjawisko „waithood”, które opisuje okres stagnacji między wejściem w dorosłość, a „zaczęciem życia  dorosłego w pełni”. Ale w mojej opinii jest to czas absolutnej rewolucji.

Tradycyjnie pojmowana rodzina, tzw. „nuklearna” przestaje mieć rację bytu, ale nie wynika to z faktu pojawienia się tęczowych rodzin jak twierdzą niektórzy – zmiana zaczęła się już we wczesnych latach dwutysięcznych, kiedy tatusiowie i mężowie zaczęli osiedlać się na Zachodzie, zostawiając swoje rodziny ze względu na ciężką sytuację finansową. A może nawet jeszcze wcześniej. I póki co, początek tej rewolucji wygląda na dość potargany i bezładny, jednak potrzeba wielu lat na to, żeby ludzie przestali bać się swojej seksualności. W moim postrzeganiu jest to jedna z największych bolączek ludzkości, ponieważ seksualność nie jest czymś, czego jako potomkowie małp jesteśmy w stanie się wyzbyć.

Ludzie kurczowo trzymają się własnego wyobrażenia na temat człowieka – które nie ma za wiele wspólnego z rzeczywistością. Nie mogą pogodzić się z tym, że człowiek posiada potrzeby seksualne i powinien tak nimi sterować, by nie wyrządzać innym krzywdy, ale jednocześnie zaspokajać je i nie być sfrustrowanym – zamiast tego proponują poziom nadczłowieka, którego nikt nie jest w stanie osiągnąć. Rozumiem wolę stawania się lepszym i dążenia do określonego celu moralnego, jednak próba zawładnięcia ludzką naturą jest kiepskim sposobem dążenia, czego dobrym przykładem jest niedawna informacja o członku węgierskiej, bardzo konserwatywnej partii, który został zatrzymany podczas dwudziestopięcioosobowej orgii gejowskiej, a który regularnie w mediach i na płaszczyźnie polityki postuluje hasła i idee mocno homofobiczne i gloryfikujące konserwatywną rodzinę.

Krępowanie i kurczowe trzymanie się własnego wyobrażenia człowieka wyzutego z tych „brudnych myśli” jest zarzewiem wielu problemów – przymusowy celibat księży spowodował, że mając dostęp do młodych ludzi, zaczęli wykorzystywać sposobność do dania upustu swoim najzwyklejszym potrzebom, jednak w zdeformowanej i krzywdzącej formie. Frustracja seksualna jest często podłożem dla gwałtów, a także kamieniem węgielnym obecnej społeczności inceli. Trzymanie kobiecej seksualności pod kluczem nie tylko pozbawiało kobiety przyjemności z seksu przez ostatnie 2 tysiące lat, ale pozbawiało je możliwości obrony w sytuacji zagrożenia – jako nastolatka nie wiedziałam przed czym mam się bronić, bo jedyne co usłyszałam, to to, że chłopcy będą chcieli mi „TO” zrobić.

Zmian we współczesnej rodzinie upatruję zatem w przemianie postrzegania seksualności: osoby manifestują swoje preferencje seksualne, coraz częściej mówią o swojej orientacji seksualnej, decydują się na życie w zgodzie ze swoją naturą, nawet jeśli oznacza to przyznanie się do płynnej, nie mieszczącej się w binarnym podziale,  tożsamości płciowej. Ludzie nie chcą dłużej żyć w nieszczęśliwych relacjach, nie chcą niesatysfakcjonującego ich pożycia i co ważne – mają odwagę pozostawać w stanie wolnym, bo coraz mniej słyszy się żartów o starych pannach i kawalerach. Nie jesteśmy dłużej skazani na jedną osobę do grobowej deski. Nawet jeśli ze związku pojawiają się dzieci, a związek się rozpada, jesteśmy w stanie łączyć te rodziny i tworzyć z nich zupełnie nowe jednostki w połączeniu z rodziną naszego nowego partnera/partnerki. To początek rewolucji i kształtowania się zupełnie nowych modyfikacji i propozycji społecznych komórek, choć nadal pokutują patriarchalne wierzenia i przekonania. To w sumie zabawne, że ludzie w XXI wieku są tak mądrzy, że budują elektryczne samochody i wysyłają je w kosmos, ale nadal są tak głupi, że nie są w stanie mówić głośno o tym, co znajduje się 15 cm poniżej linii pępka.

W ramach tego miejsca w Internecie zajmuję się prawem, feminizmem, socjologią i etyką. Wkręty metryczne to moja gorąca miłość. Ostatnio jara mnie historia polskiej kolei i prowincjonalnych ruchów robotniczych. Moim wielkim marzeniem jest odwiedzić wszystkie kraje byłego ZSRR. Więcej o mnie przeczytasz w zakładce o tajemniczo brzmiącej nazwie "o mnie".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Do góry