Kiedy powiedzieć „dość”?

Ludzie boją się pająków, prędkości, wysokości, psów, wody, żab, robaków, dentysty, latania samolotem, burzy i ciemności. Nic w tym dziwnego, że ludzie się boją. Normalna sprawa. Ja sama potwornie boję się dentysty. Każdy z tych lęków ma jakiś swój materialny substrat, który poczucie strachu wywołuje. Te „strachy” towarzyszą jednak tylko wybranym osobom. Nie wszyscy boją się psów. Nie wszyscy na myśl o dentyście dostają białej gorączki. Niektórzy lubią zapierniczać autem dwieście na godzinę. Jednak jak jeden mąż, każdy człowiek boi się zmian. I nawet jak mówi, że lubi zmiany, to i tak się ich cholernie boi. To wynika chyba z takiego pesymistycznego odbioru samego siebie, braku wiary w swoje możliwości i tej fałszywej skromności, którą wklepywano nam do głowy młoteczkiem od najmłodszych lat – że to co mam to maksimum moich możliwości i lepiej już nie będzie. To lęk przed tym, że lepiej mieć cokolwiek, choćby to coś było zupełnie do dupy, niż nie mieć nic. Możesz być w relacji, która nic ci nie daje. Wtedy rachunek wynosi 0. Jeśli jednak jesteś w relacji, która tylko ci zabiera: humor, możliwości, poczucie własnej wartości, to rachunek z takiej relacji jest prosty. -1. A -1 jest zawsze mniejsze od 0.

Myślałam, że ludzie dobierają się w pary, bo obie strony strasznie tego chcą. Chcą się zaangażować, chcą mieć kogoś kto ich słucha, rozumie, kto ich fascynuje i kręci. To było takie dziecięce, naiwne myślenie. Bo im dłużej żyję, tym widzę jak wiele ludzi pakuje się w kiepskie związki, z których nie są zadowoleni. A skoro ledwie dwadzieścia dwa lata życia doprowadziły mnie do takiej smutnej konkluzji, to boję się, że po osiemdziesiątce będę strasznym zgredem. Nigdy nie rozumiałam rówieśników, którzy zaczynali związki tylko po to, by za chwilę je skończyć. Wchodzili w nie i wychodzili z nich jakby to nie było nic wielkiego. Tak, o. Jakby wchodzili do sklepu „wszystko po 4 zł”, kupowali jakąś tandetną figurkę tygrysa z gipsu i dopiero za drzwiami sklepu docierało do nich, że kupili bubel. Z zerwaniem też nie mieli kłopotu. Wiedzieli, że to nie to i już. Bez rozpaczy, bólu i złamanego serca. A jeśli się kogoś kocha, ale tak naprawdę, to skąd wiadomo, że to najwyższa pora dać tej osobie odejść?

Związek to z pewnością rzecz, o którą warto walczyć. Jeśli jesteśmy poważnymi ludźmi i poważnie, z szacunkiem traktujemy naszą wybrankę lub naszego wybranka, to kiedy na wspólnej drodze pojawia się poważna kolizja, to warto spróbować razem ją pokonać. To bardzo romantyczne, kiedy parze udaje się przezwyciężyć kryzys i potem opowiadają, jak do tego doszli. Że ta osoba jest tak ważna, że nie chcesz jej pozwolić odejść, nawet jeśli działa ci na uzębienie. Że po paru latach związku, którym zdążyłeś się już znudzić, znowu umawiasz się na randkę, zakładasz koszulę dla tej samej dziewczyny, co parę lat wcześniej i próbujesz to odbudować. Czasami się udaje, czasami nie.

Definitywnie najgorszymi doradcami są najbliżsi. Znajomi, rodzina mówią ci, żebyś dał sobie spokój. Ale mimo to próbujesz, bo wiesz ile to dla ciebie znaczyło, a oni nie mają pojęcia. Bo to nie z nimi przeżywałeś przygody, chwile uniesień, radości i smutki. Krewny mówi, że nie warto, że ten człowiek nie jest nic wart. Ten sam krewny, który miał kilkanaście przelotnych związków na koncie i dla którego faktycznie, żadna poprzednia dziewczyna nie była nic warta. Można próbować, nawet należy. Jeśli ci zależy na sukcesie w życiu zawodowym, to tak łatwo nie odpuszczasz, nie? To tu też próbuj.

Lepiej już nie będzie, więc niech już tak zostanie

Dla mnie największą zagadką są pary, które potrafią tkwić przez lata w związku, który ich nie satysfakcjonuje. Udawanie uczucia jest słabe, ale najbardziej nie fair jest wobec tej osoby, z którą się na takiej mieliźnie osiadło. Mimo to, nie rozstają się, bo myślą, że lepiej już nie trafią. Że człowiek, z którym siedzą na tej kupie piachu pośrodku niczego, jest przecież dość dobry, wystarczający. Że przeszli te wszystkie poziomy wtajemniczenia, od pierwszego zarumieniania polików i łapania się za rękę, przez wspólne wypady na miasto, imprezy, poznawanie rodziny i przyjaciół, grypę, smarowanie plecków śmierdzącą maścią i pocenie się jak świnka w trzech polarach, wizyty nocą na pogotowiu, wreszcie wspólne wakacje, plany na przyszłość i wspólne mieszkanie. Komu chciałoby się przez to wszystko jeszcze raz przechodzić? Jak ci się nie chce, to idźcie dalej razem. Jeździjcie na te nudne wakacje, spędzajcie nudne święta, weźcie nudny ślub i zanudźcie się razem do końca życia. A po trzydziestce zacznij sobie szukać komfortowej trumny, bo w tym układzie cała twoja radość życia i jego sens szlag trafi.

Sama miłość nie wystarcza.

Jednak ekscytacja i poczucie ogromnego uczucia to trochę za mało. Sama miłość nie wystarcza. Możesz kogoś kochać na zabój, mogłeś marzyć o tej osobie od podstawówki, a  równie dobrze mogła spaść ci z nieba zupełnie niedawno. Fascynacja, ekscytacja i rozrywające was oboje poczucie pełni i jedności, kiedy leżycie obok siebie wieczorem i napawacie się sobą nawzajem nie scalą związku, choćby były najpotężniejsze i największe w historii świata. Jeśli tej osoby przy tobie nie ma, jeśli nie jest zainteresowana dzieleniem z tobą codzienności, jeśli po kilku latach związku wciąż myśli „ja” a nie „my”, to nawet największe uczucie i najdziksze motyle w brzuchu nic nie wskórają. Nawet największą miłość można zniszczyć. Wypalić. Ludzie mówią, że największym zagrożeniem dla związku jest rutyna. Ja mówię, że brak obecności. I szczerze zazdroszczę ludziom, którzy mają szansę się sobą nawzajem znudzić.

Związek to nie znaczy miłość. To o wiele więcej. To umiejętność rozmowy. To poczucie obowiązku zaopiekowania się drugą osobą. To świadomość odpowiedzialności za innego człowieka. To obowiązki i przyjemności. Związek to potwornie ciężka praca i w sumie niewiele ma to wspólnego z romantycznością. To codzienność, sztuka nienudzenia się sobą pomimo upływu czasu. Związek to kompromisy, ale nie tylko. Czasem wymaga poświęceń. To wspólna walka. Więc nie możesz walczyć z człowiekiem przy boku, któremu nie ufasz, na którym nie możesz polegać i którego po prostu nie ma. Nie znasz go i nie wiesz, jakie ma możliwości. Wielkie uczucie może się z każdym spotkaniem reaktywować, ale chyba nie chodzi o to, żeby ze swojego życia robić pieprzoną sinusoidę euforii i depresji. Związek to więcej niż miłość. To przede wszystkim zaufanie, pewność i poczucie bezpieczeństwa, które sobie nawzajem dajecie. Bez tego każde uczucie się skończy i cała relacja da w łeb.

Kiedy więc zrezygnować?

Nigdy nie ma dobrego momentu na pozbycie się ze swojego życia ważnej dla nas osoby. Ciężko jest zerwać kontakt z kimś, z kim rozmawiałeś codziennie i z którym spędziłeś ostatnie kilka lat w intymnej relacji. Fajnie by było, gdyby człowiek był na sto procent pewny, że ma dość i musi to skończyć. Że więcej mu to zabiera, niż daje. Że mu źle. Ale takich sytuacji nie ma. Nigdy nie ma pewności. Ale przez lata spędzone wspólnie, sytuacje nakładają się na siebie. Wchodzisz w relację zupełnie z pustymi rękami, a ktoś daje ci do potrzymania jedną cegłę. Potem daje następną. I kolejną. Po kilku latach masz w ramionach tyle cegły, że drętwieją ci ręce. I już dłużej nie utrzymasz tego ciężaru. Prosisz więc tę osobę, żeby pomogła ci dźwigać. A ona albo te cegły od ciebie sukcesywnie zabiera, albo nie widzi problemu i musisz mordować się sam. Jeśli rozmawiasz, kolejny raz próbujesz, a nic z tego nie ma, to daj spokój. Bo tutaj już nic się nie zmieni. Więc nie ma co tu stać i marnować czasu. Zbyt ważny jesteś, żeby tracić życie u boku kogoś, kto tego nie widzi.

Podziel się:


12 thoughts on “Kiedy powiedzieć „dość”?”

  • Bardzo lubię Cię czytać. Twoja szczerość i sposób pisania o trudnych rzeczach w sposób prosty i zrozumiały to jest co chce się naprawdę czytać. Oby tak dalej ☺️
  • Wiem z autopsji, ze jednak trudno jest powiedziec dosc w zwiazku. Nawet gdy partner doslownie daje w pysk. Ciezko jest sie podniesc chociaz dobrze wiemy ze trzeba i musimy. Ciezko jest patrzec w lustro gdy dostanie sie przyslowiowego liscia, bo jednak nie potrafimy odejsc, nie umiemy..a na dobrą sprawe byloby to najlepsze posunięcie. Krok do znacznie lepszego życia. Rozstania moga byc poczatkiem czegos wspanialego chociaz z poczatku ogromnie cierpimy. Z tego miejsca pozdrawiam wszystkie osoby, a dokladniej dziewczyny ktore powiedzialy dość w zwiazkach opartych na przemocy. Kiedy to partner bedacy naszym oczkiem w glowie podnosi reke nie koniecznie pod wplywem alkoholu badz innych uzywek. Nie mozna sie poddawac. Nie mozna dawac soba pomiatac. Jestesmy wartosciowi i nikt nie ma prawa wmawiac nam inaczej.
    Pozdrawiam, czytam, dziele sie swoja historią.
    Glowy do gory . Slonce zaswieci. Nawet po wielkiej burzy.
    • Bardzo ci dziękuję za ten piękny komentarz! To prawda, człowiek musi wiele razy dostać w tyłek, żeby wreszcie do niego dotarło, że to bez sensu. Ale podobnie myślę o rozstaniu jak o szansie na lepsze życie. Zresztą, lada moment ukaże się mój tekst na ten temat. Także stat tuned 😉 pozdrawiam cieplutko! <3
  • Od dwóch lat jestem w związku/niezwiązku. Oboje jesteśmy rozwodnikami. On jest niezwykle kulturalnym, spokojnym człowiekiem. Nigdy nie podnosi głosu a tym bardziej ręki. Jednak nie potrafi okazywać uczuć i nie znosi czułości – o czym poinformował mnie na początku znajomości. Srodze zawiódł się na swojej byłej małżonce i może stąd ta oschłość. Myślałam że drobnymi kroczkami, po woli, z upływem czasu uda mi się do niego dotrzeć, rozbudzić jakieś emocje, może uczucie. Sama zaangażowałam się uczuciowo i chciałabym móc okazywać te uczucia i emocje, które się we mnie nawarstwiają, a on odpycha mnie, nie daje się przytulić, o ukradkowym pocałunku nie ma mowy. Nie mieszkamy razem, spotykamy się zwykle w weekendy. Widzę, że po tych dwóch latach znajomości troszkę przywykł do tego, że czasem go dotknę, przytulę, jednak za każdą próbą uzewnętrznienia przeze mnie jakichkolwiek czułości on mnie wyhamowuje, strofuje i poucza, że czas spoważnieć, że nie mam się zachowywać jak nastolatka. Czuję się coraz bardziej sfrustrowana, nie wiem czy kontynuować ten dziwny „układ”. Nie mogę w nieskończoność tłumić swoich uczuć, a co gorsza nie mogę liczyć na jakąkolwiek ekspresję z jego strony. Natomiast jeśli powiem „to koniec” będę kolejną kobietą na której się On zawiedzie… co robić…?
    • Długo się zastanawiałam co ci napisać w tej sytuacji. Wydaje mi się, że związek polega na tym, że obie strony powinny być zadowolone i w jakimś stopniu usatysfakcjonowane z relacji. Twoja potrzeba bliskości jest czymś zupełnie normalnym i naturalnym, a twój partner tę potrzebę bagatelizuje i zaniedbuje. Wiemy, że spotkał go miłosny zawód, ale nie jest to powód do tego, aby ciebie traktować w jakiś gorszy sposób. Nie jesteś plastrem na czyjąś ranę, żeby traktować cię gorzej i pozbawiać najbardziej elementarnych elementów związku. Zawsze w takich przypadkach proponuję rozmowę – spokojną, z argumentami, czasem niech to będzie kilka rozmów. Bez awantur i krzyków – opowiedz partnerowi o swojej frustracji, o swoich potrzebach. Pamiętaj, że związek ma sens tylko wtedy, gdy dodaje skrzydeł, gdy życie z tą osobą jest po prostu lepsze od bycia samemu. Jeśli nie jest chociaż trochę lepszy od życia w pojedynkę, to nie ma się co mordować z człowiekiem-kulą u nogi.
      Strach przed zranieniem jest także rzeczą zupełnie normalną, zwłaszcza jeśli dostało się po tyłku, ale z twojej wypowiedzi odnoszę wrażenie, że Twój partner nie traktuje cię zbyt poważnie. Może ze strachu, a może „bo tak”. Bez znaczenia na wiek, zakochany człowiek w mniejszym lub większym stopniu potrzebuje bliskości, intymności i wyznań. Jeśli zależy ci na nim, walcz o niego. Może spróbuj terapii dla par? Albo może to on potrzebuje indywidualnej terapii, bo nie może sobie poradzić z tamtym ciosem. Zawsze jest jakaś szansa, że coś się między wami zmieni. Trzeba próbować! Pozdrawiam ciepło, LM
      • „Natomiast jeśli powiem „to koniec” będę kolejną kobietą na której się On zawiedzie…” wybacz za cytowanie, ale jedno nasunęło mi sie na mysl…
        Skoro pomyslalas o powiedzeniu koniec w takiej sytuacji, to moze warto tak powiedziec? Chyba nikt w dobrym zwiazku nie mysli o takich slowach bez powodu. Nie mozna byc przy kims bo juz kiedys dostal po przyslowiowej dupie, a to jest jeszcze gorsze niz jakby w tą dupe kolejny raz dostal. Jezeli nie czujesz sie spelniona w zwiazku, to moze warto pomysles o powiedzeniu tych dwoch slow.. wiem wiem, nie badzmy teraz samolubami patrzac na wlasne tyleczki, rozumiem.. jednak chyba czasem trzeba, gdy chodzi o nasze szczescie a juz na bank gdy ma to zwiazek z osoba z ktora mamy spedzic reszte swojego zycia. . Trzeba podejmowac decyzje ktore czasem sprawiaja bol, bo trwanie w czyms co i tak nam nie odpowiada, z czasem sprawi go jeszcze wiecej. Musisz sie zastanowic czy wytrzymasz tak na dłuższa mete, bo chyba lepiej jak juz, powiedziec dosc teraz, niz po kolejnym magicznym „tak”.
        • Podpisuję się obiema rękami. Wpaja się nam od dziecka, że egoizm jest zły, ale to wcale nie jest prawda. Jest taka zasada przy pierwszej pomocy, że pomagasz tylko gdy sam jesteś w stanie i jesteś bezpieczny. Możesz próbować pomoc partnerowi, ale tylko jeśli faktycznie czujesz, że to „to” i jest na to szansa. Jeśli jednak nie widzisz szans na poprawę, to postaw sobie pytanie czy chcesz czuć się tak jak teraz całe życie? Ludzie wcale się nie zmieniają tak jak mówi przysłowie.
          • Bardzo Wam dziękuję za reakcję na mój wpis. Nie spodziewałam się tak szybko wypowiedzi. Jak wiadomo sprawy sercowe nie są proste. I rzeczywiście brak mi w moim związku bliskości i czułości. Najgorsze są chwile „rozłąki”, gdy nie spotykamy się i nie kontaktujemy przez kilka dni – co często jest spowodowane obowiązkami zawodowymi, różnicami w godzinach pracy itp. Wówczas narasta we mnie frustracja i zwątpienie w sens kontynuacji takiej znajomości, gdy chciałabym być blisko niego a muszę spędzać czas sama. Jednak gdy przychodzą chwile, gdy jesteśmy razem, moje nastawienie do sytuacji zmienia się diametralnie. Uwielbiam z nim przebywać, sama jego obecność sprawia mi dużo radości, uspakaja mnie i dodaje „motylich skrzydełek”. Muszę tylko hamować tę ekscytację w jego obecności żeby nie miał powodów do prawienia mi morałów o zachowywaniu się w moim wieku… Podczas spotkania w sobotę niby tak mimochodem powiedziałam, a właściwie dałam mu do zrozumienia, żeby dotykał mnie czasem, nie tylko podczas zbliżeń intymnych, że sprawiałoby mi to przyjemność. I podczas niedzielnego spotkania w czasie oglądania filmu doczekałam się „masażu” pleców. Był to bardzo nieśmiały dotyk, ale mimo wszytko jego palce spoczęły na moich plecach. W takich momentach odżywa we mnie nadzieja, że jednak nie jestem mu obojętna, że mu zależy. Bardzo bym chciała by za tydzień o tym też pamiętał… Zatem jeszcze nie czas na słowo „koniec”. Będę próbować. Będę mu delikatnie podsuwać wskazówki. Zobaczymy na ile to poskutkuje, czy jego podejście zmieni się trwale.
            Pozdrawiam!
            Kiwi
  • Świetny tekst. Z wieloma rzeczami się zgadzam. Małżeństwo to ciężka praca i nie ma co liczyć na to, że „samo będzie dobrze”, bo dobrze było wcześniej. Wcześniej to my staraliśmy sie być lepszymi na drugiej osoby. W małżeństwie nie pracujemy już nad sobą, tylko właśnie nad drugą osobą. Ale PRACUJEMY a nie wymagamy, żeby SAMA PRACOWAŁA i oczekujemy aż to zrobi. Bo nie zrobi. Wspólnie musimy szlifować nas oboje.

    W 100% zgadzam się z tym, że znajomi, a zwłaszcza rodzina to najgorsi doradcy. Moje małżeństwo rozpada się właśnie dlatego, że doradcami żony jest jej rodzina, która z samego założenia jest stronnicza i jeśli żona mówi, że jej źle, to nie wnikają w powód tylko od razu automatycznie oceniają drugą stronę, w tym przypadku mnie.

    Nie zgadzam się co do tego, że „nie chodzi o to, żeby ze swojego życia robić pieprzoną sinusoidę euforii i depresji”. Może euforia i depresja to za mocne słowo, ale małżeństwo to właśnie sinusoida chwil bardzo dobrych i bardzo złych. Uniesień i kryzysów. Jeśli ktoś oczekuje linii prostej stale na plusie, to popełnia najgorszy błąd. Nigdy nie będzie prosto. Niestety im bardziej prosto, tym bardziej na minusie. Świetnie do przedstawił Gregory Popcak, w książce „Kiedy rozwód nie wchodzi w grę” – pisałem juz o tym w innym komentarzu.

Dodaj komentarz