Żurnal #2: Znalazłam swoje ulubione miejsce na Ziemi.

Jerusalem X Jaffa

Jako, że tematyka historii i kultury Żydów jest – z ciężkich do wytłumaczenia przyczyn – szczególnie bliska mojemu sercu, po latach wreszcie dotarłam do Izraela. I ach! Było rewelacyjnie. Tel Aviv mnie zachwycił i stał się moją ulubioną stolicą. Piękne morze, piękne jedzenie, piękni ludzie – czad.

Szalenie podoba mi się połączenie wielkomiejskiej dżungli ze spokojem morskiego, ciepłego wybrzeża. Uwielbiam miasta i to tam zwykle kieruje swoje kroki podróżując. Zatem Tel Aviv łączy wszystko to, co lubię. Są galerie sztuki, są drapacze chmur, jest plaża, pieski, ładna woda, ludzie ćwiczący jogę i zachody słońca. I hummus prima sort. I jakiś taki spokój, którego od dawna nie uświadczyłam.

Najbardziej lewackie miasto świata

Będąc osobą o poglądach mocno liberalizujących w kwestiach światopoglądowych, Tel Aviv skradł moje serduszko. Nie cierpię określenia „lewacki”, bo jest ordynarne, infantylne i szpetne. I nie do końca wiem co ono oznacza, bo w ostatnich latch nawet widz „Faktów” lub rowerzysta jest nazywany lewakiem. Ale idąc tym tropem, Tel Aviv jest lewacki – multi-kulti, rowerzyści, miłośnicy zwierząt, tęczowe flagi i wege żarcie obecne są na każdym rogu. Niby Bliski Wschód, niby Zachodnia Azja, a jednak to w samym pępuszku Europy – Warszawie – spalono tęczę. Stereotypy to przerażająca sprawa. Oczywiście nie jest to jakaś liberalna idylla, bo Izrael pod wieloma względami to także kraj mocno konserwatywny, z lekka zawiewający nacjonalizmem.

Tel Aviv, Izrael.
Tel Aviv, Izrael.

Patchoworkowy kocyk

Leżysz na plaży w Izraelu, czyli państwie z założenia żydowskim. Nagle dobiega cię głos muezziego, który wzywa na modlitwę do pobliskiego meczetu. Słońce praży, więc odwracasz głowę – w oddali widzisz kościół. Wieczorem idąc wzdłuż morskiego bulwaru widzisz grupę ludzi na plaży. Rozmawiają ze sobą, śmieją się, jedzą kolację. Część z nich ma na głowach hidżaby, część jarmułki przyczepione do czubków głów, a część na szyjach nosi krzyżyki. Czy to nie tak powinno wyglądać? Czy naprawdę trzeba się tłuc w imię religii? Ja wiem, że to się wydaje szalony koncept, ale gdyby tak nie wpieprzać się do tego, co robią inni i szanować ich po prostu jako ludzi?

Pacyfiści mają w życiu naprawdę ciężko.

Nie rozumiem jednego.

Po tej wizycie mam jeszcze większy problem ze zrozumieniem konfliktu na Bliskim Wschodzie, a im więcej próbuje się dowiedzieć, tym mniej wiem. Znam przyczyny, znam strony, dostrzegam rozmiar konfliktu i ofiary w ludziach, ale teraz widzę także normalne życie toczące się na ulicach izraelskich miast. I nie rozumiem. Wydaje mi się, że całą sprawą bardziej zainteresowany jest Zachód, a nienawiść na taką skalę, jaką widzę w mediach dotyczy tylko osób, które w Izraelu nie mieszkają. Sami mieszkańcy – Izraelczycy, Palestyńczycy i cała masa innych narodowości – mimo że się diametralnie różnią, żyją obok siebie na co dzień i raczej nie bardzo chcą się sobie rzucać do gardeł.

Wiadomo, że wszędzie znajdzie się banda oszołomów, która będzie pokrzykiwać w imię jakiś chorych racji o unicestwianiu nacji przeciwnej – miejscowi potwierdzają, że czasami dochodzi do jakiś przepychanek na tle religijno-politycznym. A każdy racjonalnie myślący człowiek wie, że kiedy religia zaczyna być łączona z polityką, to ludzie tracą smak życia, pandy stają się jakby mniej rozkoszne, fokom opadają wąsy, a krem na ciastku topi się i spływa. Krótko mówiąc – nie dzieje się dobrze i wychodzi straszny blamaż. Blamaż na miarę kitalu czy wypraw krzyżowych. Ta wojna, to wojna rządów, ale nie wojna ludzi. Ludzie wcale tego konfliktu nie chcą.

Czy śmierć może spowszednieć?

Izrael jest w trakcie wojny. Kilkadziesiąt kilometrów od Tel Avivu ludzie się zabijają i wysadzają w powietrze. I to mnie przeraża, że śmierć jest czymś tak powszechnym i przydarza się obok nas co chwilę. Człowiek nie patrzy na nią w Europie, więc staje się ona obca. Tam natomiast jest codziennością. Tylko czy człowiek powinien przyzwyczaić się do widoku śmierci?

Zaryzykuję stwierdzenie, że znalazłam swoje miejsce na Ziemi.

Miejsce, do którego na pewno wrócę. Które zawsze będę wspominać z uśmiechem na twarzy. Miejsce z takim hummusem, że mam ślinotok, choć na co dzień wcale za nim nie przepadam. Szkoda tylko, że to miejsce jest punktem zapalnym całego świata i krwawą areną walki o surowce, przekonania i o to, czyja racja jest najczyjsza. Nie opowiem się po żadnej ze stron, bo gdy z rąk obydwu armii giną ludzie, wybór jest jak między Sagą a Minutką – konflikt tragiczny. Wybieranie mniejszego zła się nie sprawdzi. Mam nadzieję, że dożyję czasów, w którym ludzie przestaną się zabijać z powodów, na które nie mają wpływu, choć w sumie czy nie na tym opiera się świat już od grubo ponad 2000 lat?

Poprzedni Ritki żurnal >>>TUTAJ<<<

Podziel się:


Dodaj komentarz